Skubany był szybki, trzeba było mu to przyznać. Gdy ja wystartowałem, on był już jakieś pół metra przede mną. Wyobrażałem sobie, jak po wyścigu uśmiecha się tryumfalnie i wytyka mnie palcami i mówi, że przegrałem, a on wygrał. Ostatnio coraz więcej osób mi to mówi, do cholery. Na przykład taka pewna blondynka, która... Dobra, nie. Nie mogę się jeszcze bardziej dołować, kurde. Muszę się skupić i go wyprzedzić, żeby nie miał okazji robić sobie ze mnie jaj. Tylko że jak mam się, kurwa, skupić, skoro wywija mi tym swoim seksownym tyłkiem przed nosem!
Przez deszcz jego koszulka przemokła, opinając jego i tak już napięte mięśnie. Podziwiałem je z zachwytem. Już nawet mogę przegrać, byleby tylko cały czas mieć taki widok przed sobą. Jednak przez moją nieuwagę wyjebałem się do jakiegoś błota. No po prostu zajebiście! To było, kurwa, przepiękne, Naoki. Jesteś jebanym geniuszem.
Szatyn zatrzymał się i odwrócił. Zmierzył mnie wzrokiem, najpierw zastanawiając się, jak ma zareagować, a potem po prostu wybuchł śmiechem. Zajebię go kiedyś!
- Może byś mi tak, kurwa, pomógł, a nie rżysz z cudzego nieszczęścia! - warknąłem, próbując się podnieść, ale za każdym razem rozjeżdżały mi się nogi powodując, że byłem jeszcze bardziej usyfiony.
- Ju-już, przepraszam - nadal się śmiał, otarł z oka łezkę rozbawienia i podszedł do mnie, łapiąc za moją wyciągniętą rękę. - Po prostu tak komicznie wyglądałeś... - zerknął na moją minę, po czym parsknął śmiechem.
- Możesz mi już oszczędzić upokorzenia. Wracam do domu, muszę wziąć prysznic. - i nie czekając na jego ruch poszedłem w kierunku mojego domu. Chłopak dobiegł do mnie, nadal szczerząc się jak pojebany.
- Oj, weź już się nie złość - zrobił oczy zbitego psiaka. - Było śmiesznie! - klepnął mnie po ramieniu. Westchnąłem, odwracając wzrok.
- Może dla ciebie - mruknąłem. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy. Nadal padało, więc trochę błota zmyło się z mojego ciała, ale ubranie było całe ufajdane.
Gdy weszliśmy do domu wspiąłem się po schodach na górę, do mojej sypialni.
- Shiro, idź do mojego pokoju, zaraz przyniosę ci jakieś ręczniki. - skinął głową i za chwilę zniknął w pokoju. Podrapałem się po głowie i wszedłem do łazienki. Tam do mojego nosa dotarł zapach lawendy i jeszcze czegoś, zdaje mi się, że pomarańczy. Wziąłem pierwszy lepszy żel pod prysznic z półki, odkręciłem ciepłą wodę i za chwilę znalazłem się w środku kabiny. Jak się potem okazało, żel był cytrynowy. Zmyłem błoto z siebie i po chwili wyłączyłem wodę. Z szafki wygrzebałem jakiś ręcznik i obwinąłem go sobie w biodrach, po czym zacząłem szukać ubrań. Po kilku minutach poszukiwań mina mi zrzedła. W łazience nie miałem niczego, co mógłbym na siebie włożyć! Więc musiałem pójść do sypialni w samym ręczniku, z wilgotnymi włosami, gdzie siedział Shiro. To nie był najlepszy pomysł, ale nie miałem innej możliwości. Bo nie mogłem siedzieć całe wieki w łazience tylko dlatego, że Shiro może mnie poobmacywać! Chociaż... teraz sam tego chcę, więc może poobmacujemy się razem. Tylko to on ma zacząć, a ja będę zgrywać niewinną dziewicę, która... no dobra, nie ważne.
Wierząc w siebie i takie tam wyszedłem z pomieszczenia i hardym krokiem udałem się do sypialni. Pociągnąłem za klamkę, przed wejściem odetchnąłem i wparowałem do pomieszczenia. Szatyna zastałem, gdy opierał się o parapet i wyglądał przez okno, patrząc się na deszcz. Gdy usłyszał otwieranie drzwi odwrócił się zaciekawiony. Widząc mnie uchylił lekko usta i przeskakiwał wzrokiem od moich nóg, przez biodra, a kończąc na twarzy. Jednak za chwilę zamknął oczy i zacisnął dłonie w pięści.
- Wiesz, Naoki - zaczął spokojnym głosem. - Naprawdę się starałem. Uwierz mi, powstrzymywałem się przed dotknięciem ciebie. Widziałem, że nie masz na nic ochoty, i to chyba z powodu Yosuke. Ale teraz... - pokręcił głową. - Teraz to ty mnie prowokujesz. - spojrzał na mnie lubieżnie, po czym podszedł, oparł ręce na ścianie nad moją głową i z premedytacją wpił się w moje usta.
Nie miałem zamiaru przerywać, czy nawet protestować. Objąłem go za szyję i rozwarłem usta, a on od razu wtargnął swoim językiem do mojego wnętrza. Jego pocałunek był natarczywy, namiętny i jednocześnie taki... delikatny. Każdy jego dotyk palił, każdy jego pojedynczy całus sprawiał, że wariowałem. Zjechał wargami na moją szyję, zasysając się na skórze i robiąc mi malinki, a jego palce muskały moje sutki. Naprawdę wariowałem. A to wszystko była jego wina. Złapałem go za kucyka i ściągnąłem frotkę. Wplotłem dłonie w jego włosy i przyciągnąłem do pocałunku. No i moje zgrywanie niewinnej dziewicy poszło się pier... jeb... aa, nie ważne, wiecie o co mi chodzi.
Włożył mi kolano między nogi i docisnął.
- A-aach... Shi-Shiro... - to było jedyne, co potrafiłem powiedzieć. Tak naprawdę to mogłem tylko jęczeć. Czułem, jak szatyn się uśmiechnął, po czym przyssał się do sutka, pocałował brzuch i zjechał na ręcznik. Uklęknął i przejechał ręką po moim kroczu.
- Ktoś tu chyba bardzo oczekuje mojej uwagi, co?
- Mhmm... aaach! - wygiąłem się w łuk, kiedy chłopak jednym ruchem ściągnął ze mnie ręcznik i mój penis zanurzył się w jego ustach. Jego gorących, mokrych ustach, które zassały się na główce.
- Shi-shiro...! - wplotłem palce w jego włosy i nadałem jego poruszającej się głowie własne tempo. Ręką ścisnął lekko jądra, a ja otworzyłem usta w niemym krzyku. Doprowadzał mnie do szaleństwa.
- Shiro... jaaa... już... mmnn...! - wyjęczałem, ale chłopak nic sobie z tego nie robił, tylko sprawił, że doszedłem. Wstał i pocałował mnie. Poczułem smak własnej spermy - trochę słonawy z nutką kwaskowatości. Odkleił mnie od ściany i popchnął lekko na łóżko, po czym usiadł mi na biodrach.
- T-to nie fair, że ja jestem już nagi, a ty nadal w ubraniach - mruknąłem, próbując ściągnąć z niego nadal mokrą koszulkę. On tylko uniósł brwi z uśmiechem, po czym zdjął ją i zaczął ściągać spodnie. Przez napięte bokserki widziałem jego twardego penisa i aż mnie coś ścisnęło, żeby też go dotknąć. Chciałem usłyszeć u niego jęki rozkoszy. Chciałem, żeby też poczuł przyjemność. Wyciągnąłem rękę, by go dotknąć, ale zatrzymał mnie.
- Nie trzeba - zapewnił. - Zrekompensuję sobie to.
Zdjął bieliznę, po czym włożył palce do moich ust, z jednym poleceniem.
- Ssij.
Posłusznie zassałem się patrząc mu perwersyjnie w oczy, a za chwilę przyłożył jeden palec do mojego wejścia i zaczął je masować.
- Rozluźnij się - poradził, a ja posłuchałem. - To twój pierwszy raz, nie? - zapytał. Pokiwałem szybko głową, rumieniąc się trochę. To krępujące mówić takie rzeczy, ale no bez przesady, za chwilę będziemy ze sobą uprawiali seks! Tu chyba nie ma miejsca na kłopotanie się czymś takim! Ale gdzieś z tyłu mojego mózgu pojawiła się myśl, że musiał już wcześniej robił to z facetami, bo wie, jak ma się zachować. Poczułem się trochę zazdrosny, ale bezpodstawnie, nawet ja to wiedziałem.
Nagle jego palec we mnie wszedł. Zabolało, nawet bardzo, ale nie dałem tego po sobie poznać. Pragnąłem go. Pragnąłem go w sobie. Pragnąłem, żeby się ze mną połączył... Nawet, jeśli to były tylko durne dyrdymały, to czułem, że jeśli mnie wypełni, to w pewnym sensie będę należeć tylko do niego. Zachowałem się jak szalenie zakochana dziewczyna, ale po części tak się czułem. Bo byłem po uszy zakochany w Shiro. I nie było już dla mnie ratunku.
Gdy dołożył drugi palec, myślałem, że moja dupa zaraz wybuchnie.
- Jesteś... taki ciasny... - stęknął tylko. To tak... cholernie bolało. Nie chciałem mu tego pokazywać, ale niechciane łzy same pociekły po policzkach. Spojrzał na mnie z troską w oczach.
- Może... może my nie powinniśmy... - zawahał się i chciał cofnąć rękę, ale przeszkodziłem mu.
- Nie... wszystko jest okej... Chcę cię w sobie. Proszę - wyszeptałem. Jęknął, a potem włożył we mnie trzeci palec.
- Naoki... jeśli to boli, nie musisz się zmuszać - powiedział to z takim cierpieniem, jakby czuł to, co ja w tamtej chwili.
- Powiedziałem, że chcę cię w sobie. - warknąłem. Zamknął oczy i zaczął nimi poruszać, lecz tym razem posłuchał mnie i nie przerywał. Objąłem go za szyję i przylgnąłem do niego zaciskając zęby. Ja naprawdę tego chciałem. A ten cholerny ból we wszystkim przeszkadzał. Po około minucie powoli zacząłem się przyzwyczajać. Ale to były tylko palce. Więc jak bardzo będzie bolało z jego penisem?
- Shiro... już możesz... nie mogę dłużej czekać... - jęknąłem i przyciągnąłem go do pocałunku. Oddał go, ale niepewnie. Przyłożył swoją męskość do mojego wejścia. Cały czas się wahał.
- Naoki... - zaczął, ale mu przerwałem.
- Do jasnej cholery, powiedziałem ci coś! Chcę, żebyś mnie pieprzył - powiedziałem, całkiem poważnie. A on pchnął.
Krzyknąłem, a w moich oczach automatycznie pojawiły się łzy.
- Przepraszam, ale nie mogę już dłużej. - założył sobie moje nogi na ramionach i znów pchnął. Robił to coraz szybciej i mocniej. Sam się na niego nabijałem, jęcząc i wijąc się pod nim. Chyba krew leciała mi po pośladkach, ale mało mnie to obchodziło. Możliwe nawet, że byłem masochistą, ale to mi się podobało.
Aż nagle Shiro zrobił coś, co sprawiło, że poczułem ogromną przyjemność. Prawie krzyknąłem z rozkoszy.
- Shi-shiro...! Tak, ta...tam! - już nie zważałem po prostu na nic. Chciałem znów doświadczyć tego uczucia. Szatyn znów musnął ten punkt, a ja gwałtownie doszedłem.
- Naoki... ja zaraz... - stęknął, po czym moje wnętrze wypełniła sperma chłopaka. Zamknął oczy i trwał tak chwilę, po czym wysunął się. Bolało nawet bardziej, niż we mnie był. Zamknąłem odruchowo oczy i wtuliłem się w szatyna, który położył się obok i objął mnie w pasie.
- Przepraszam, Naoki - mruknął. Pogłaskałem go po głowie, a więcej już nie pamiętałem. Oczy same mi się zamykały, a potem otoczyła mnie już tylko ciemność i słodki zapach cytryny.
---------------------------------------
Witam :>
Zanim mnie znienawidzicie za to, że tak "skrzywdziłam" Naokiego, powiem, tyle: pierwsze razy nie muszą być idealne, prawda? :>
Blog, na którym będę pisała opowiadania o różnych tematykach, najczęściej będzie to yaoi, (boyxboy) więc każdemu komu się to nie będzie podobało, może poczekać, aż dodam coś niezwiązanego z tymże gatunkiem. ^^
piątek, 29 maja 2015
piątek, 22 maja 2015
Drugie Wcielenie - Rozdział IV
Witam :>
Przedstawiam wam następny rozdział Wcielenia! :D To już czwarty z... no, nie wiem z ilu, ale nie ędzie ich zbyt dużo. To znaczy może będzie ich dużo, zależy, czy wymyślę jeszcze jakieś wątki. No ale nie przeciągając, zapraszam do czytania i komentowania, a w szczególności tego drugiego :>
A, i mały tip: o rozdziałach informuję tu, na tej grupie na Facebooku ---> *klik* Musicie do niej dołączyć, żeby cokolwiek widzieć ;) A jeżeli chcecie, żebym was oznaczała w poście reklamującym napiszcie do mnie --- > *klik*
To tyle, czytajta już :>>>
-----------------------------------
Pomiędzy Rinkashim a Seiryo zapanowała kompletna cisza. Nawet ich serca zdawały się jakby zatrzymać, żeby nie przerywać milczenia. Czerwonowłosy spojrzał w oczy bruneta, żeby dać mu do zrozumienia, że potrzebuje wyjaśnień, ale widział w nich tylko niedowierzanie. Sam chłopak był pogrążony w myślach. Nie rozumiał, czemu... czemu w ogóle powiedział coś takiego. Jakby jakaś obca osobowość przejęła nad nim kontrolę i oddała mu pamięć. Ale tylko o tym imieniu. O imieniu, którego nigdy w życiu nie słyszał. O imieniu osoby, której nawet nie znał, a czuł, że ją kocha.
Sytuacja była dość niezręczna. Dla obu chłopaków. Brunet czuł się tak, jakby nadal był w śnie. Jego twarz wtedy była taka realistyczna, jakby naprawdę tam stał i uśmiechał się do mnie. To nie jest normalne, to zdecydowanie nie jest normalne. - rozmyślał gorączkowo. Czekali na dowolny ruch drugiej osoby, choćby drgnięcie czy przesunięcie ręki, ale nic takiego nie nastąpiło. Po prostu siedzieli naprzeciw siebie i... czekali. Na cokolwiek.
Aż w końcu Rinkashi postanowił przerwać ten spokój. Nie mógł już dłużej usiedzieć na miejscu i udawać, że to przed chwilą nie nastąpiło.
- Mo... Motoki? - zaczął niepewnie. Seiryo dopiero po chwili zorientował się, że czerwonowłosy mówi do niego.
- Słucham? Motoki... Nie... Nie Motoki. Seiryo - poprawił chłopaka powoli. - Moje imię to Sei... Seiryo. - powiedział, lecz zrobił to tak, jakby nie miał do końca tej pewności. - Szczerze mówiąc, to... sam już nie wiem. Mam w głowie jakieś dziwne wspomnienia, które z pewnością nie należą do mnie, i... - zrezygnowany przejechał dłonią po twarzy. - Wszystko mi się miesza.... - spojrzał czerwonowłosemu w oczy. - I ja cię chyba... kocham - przyznał. I wtedy Rinkashi stracił nad sobą kontrolę. Chciał... chciał mu dać czas. Chciał, żeby brunet go lepiej poznał. Ale z tym wyrazem twarzy, z takimi uczuciami, które dopiero wyjawił, nie mógł więcej się powstrzymywać.
W myślach podjął jedną, szybką decyzję. Wstał z podłogi i podszedł do chłopaka. A potem wpił się w jego usta.
Przedstawiam wam następny rozdział Wcielenia! :D To już czwarty z... no, nie wiem z ilu, ale nie ędzie ich zbyt dużo. To znaczy może będzie ich dużo, zależy, czy wymyślę jeszcze jakieś wątki. No ale nie przeciągając, zapraszam do czytania i komentowania, a w szczególności tego drugiego :>
A, i mały tip: o rozdziałach informuję tu, na tej grupie na Facebooku ---> *klik* Musicie do niej dołączyć, żeby cokolwiek widzieć ;) A jeżeli chcecie, żebym was oznaczała w poście reklamującym napiszcie do mnie --- > *klik*
To tyle, czytajta już :>>>
-----------------------------------
Pomiędzy Rinkashim a Seiryo zapanowała kompletna cisza. Nawet ich serca zdawały się jakby zatrzymać, żeby nie przerywać milczenia. Czerwonowłosy spojrzał w oczy bruneta, żeby dać mu do zrozumienia, że potrzebuje wyjaśnień, ale widział w nich tylko niedowierzanie. Sam chłopak był pogrążony w myślach. Nie rozumiał, czemu... czemu w ogóle powiedział coś takiego. Jakby jakaś obca osobowość przejęła nad nim kontrolę i oddała mu pamięć. Ale tylko o tym imieniu. O imieniu, którego nigdy w życiu nie słyszał. O imieniu osoby, której nawet nie znał, a czuł, że ją kocha.
Sytuacja była dość niezręczna. Dla obu chłopaków. Brunet czuł się tak, jakby nadal był w śnie. Jego twarz wtedy była taka realistyczna, jakby naprawdę tam stał i uśmiechał się do mnie. To nie jest normalne, to zdecydowanie nie jest normalne. - rozmyślał gorączkowo. Czekali na dowolny ruch drugiej osoby, choćby drgnięcie czy przesunięcie ręki, ale nic takiego nie nastąpiło. Po prostu siedzieli naprzeciw siebie i... czekali. Na cokolwiek.
Aż w końcu Rinkashi postanowił przerwać ten spokój. Nie mógł już dłużej usiedzieć na miejscu i udawać, że to przed chwilą nie nastąpiło.
- Mo... Motoki? - zaczął niepewnie. Seiryo dopiero po chwili zorientował się, że czerwonowłosy mówi do niego.
- Słucham? Motoki... Nie... Nie Motoki. Seiryo - poprawił chłopaka powoli. - Moje imię to Sei... Seiryo. - powiedział, lecz zrobił to tak, jakby nie miał do końca tej pewności. - Szczerze mówiąc, to... sam już nie wiem. Mam w głowie jakieś dziwne wspomnienia, które z pewnością nie należą do mnie, i... - zrezygnowany przejechał dłonią po twarzy. - Wszystko mi się miesza.... - spojrzał czerwonowłosemu w oczy. - I ja cię chyba... kocham - przyznał. I wtedy Rinkashi stracił nad sobą kontrolę. Chciał... chciał mu dać czas. Chciał, żeby brunet go lepiej poznał. Ale z tym wyrazem twarzy, z takimi uczuciami, które dopiero wyjawił, nie mógł więcej się powstrzymywać.
W myślach podjął jedną, szybką decyzję. Wstał z podłogi i podszedł do chłopaka. A potem wpił się w jego usta.
Na początku Seiryo chciał go odepchnąć. Powiedzieć, żeby zostawił go w spokoju. Ale nie mógł. Nie potrafił. Jego ciało, jego wargi, jego oczy, to wszystko przyciągało bruneta. Poza tym do głosu dochodziło jeszcze to nieznane mu uczucie, jakby znał go całe życie, a jednak wcale. Jednak dał za wygraną i wraz z całą zawziętością, jaką w sobie miał oddał pocałunek. Ich języki walczyły ze sobą, ale, ku zaskoczeniu chłopaka, jego język wygrał. Pogłębili coraz bardziej namiętną pieszczotę, aż w końcu ręce Seiryo zawędrowały pod koszulkę Rinkashiego, muskając brzuch. A ten spanikował lekko, odrywając się od bruneta.
- Nie... Przestań, proszę... - szepnął i spróbował wyplątać z jego objęć, ale chłopak tylko go do siebie.
- Czemu? Chcę ciebie. - powiedział dobitnie, nawet się nie krępując. A policzki czerwonowłosego pokryły się szkarłatem.
- A-ale... to się chyba dzieje za szybko... - powiedział zakłopotany i położył mu ręce na piersi, trzymając go na odległość.
- Tyle, że to ty mnie pocałowałeś - zauważył. - Teraz weź za to odpowiedzialność. - powiedział i pocałował go. Złapał go w pasie i posadził sobie na kolanach. Rinkashi położył mu ręce na policzkach i także wczuł się w pocałunek. Bezwiednie zaczął poruszać biodrami w rytm pocałunku, a Seiryo jęknął.
- Aaach... A ty mówisz, że to się za szybko dzieje... - spuścił głowę i oddychał ciężko. Powstrzymywał się. Bardzo się powstrzymywał, ale jakoś mu to nie wychodziło.
- B-Bo taka jest prawda - mruknął. - Czemu nagle jesteś taki śmiały? Przecież wcześniej...
- Skoro jestem pewny swoich uczuć, to po co mam się powstrzymywać? - przerwał mu.. A potem znów wpił się w jego usta.
Trwali tak dobre dziesięć minut. Po tym czerwonowłosy położył się na torsie chłopaka i zamknął oczy, jakby chciał pójść spać. Brunet spojrzał przez okno. Na zewnątrz słońce już zaszło i zrobiło się szaro. Poruszył się niespokojnie, ale został na miejscu. Jednak za chwilę poklepał czerwonowłosego po plecach.
- Rinkashi, muszę już wracać do domu - nadal trochę nieswojo mu było wymawiać to imię, ale wierzył, że z czasem się przyzwyczai. - Moi rodzice będą się martwić.
- Mhm. - mruknął tylko i wtulił się bardziej w chłopaka. - Miękki jesteś, wiesz?
- Dzięki...? - powiedział rozbawiony. - Rin, naprawdę muszę już iść.
- Mhm.
- Słuchasz mnie w ogóle?
- Nie. A teraz zamknij się i leż, bo jest mi wygodnie.
- Ale...
- Zostań na noc. - przerwał mu - Zadzwoń do rodziców i powiedz, że nie zdążysz wrócić na czas i zostajesz na noc u kolegi.
- Chętnie przystałbym na tą propozycję - powiedział pociągającym głosem - ale jutro mam szkołę, a nie mogę sobie jej tak odpuścić.
- Czemu? Ja jak byłem w twoim wieku, często ją sobie odpuszczałem.
- "Jak byłem w twoim wieku"? To ile ty masz lat? - zapytał zdziwiony.
- W lipcu skończę dwadzieścia sześć.
Bruneta zamurowało. Wyglądał na siedemnaście, może osiemnaście lat!
- Hoho, no to natura nie poskąpiła ci wyglądu - przyznał.
- W jakim sensie?
- Nie dość, że jesteś przystojny i wyglądasz na młodszego o co najmniej siedem lat, to do tego jeszcze taki seksowny - mruknął, przejeżdżając nosem po szyi chłopaka. A jego policzki znów były czerwone jak burak.
- Prze-przestań mówić takie rzeczy... - skrył twarz przyciskając czoło do jego piersi.
- Czemu? Taka prawda.
- B-bo to żenujące i... wstydliwe. - wybełkotał, a ostatnie słowo szepnął tak cicho, że nawet Seiryo miał problemy z usłyszeniem zdania.
- Słucham? - zapytał rozbawiony. - Nieważne. Wstawaj, naprawdę muszę się zbierać.
- Nie pozwolę ci odejść, przynajmniej dzisiaj. Masz zostać na noc. - rozkazał. Brunet zlekceważył go śmiejąc się.
- Co mi możesz zrobić? Jestem od ciebie silniejszy, wyższy i w ogóle.
- Ale ja jestem starszy! - krzyknął oburzony.
- A denerwujesz się jak dziecko - uśmiechnął się, gdy chłopak zbliżył się do niego, uklęknął przy nim, a potem... złapał go za nogę i przykleił się do niej jak rzep.
- H-hej, co ty robisz?! - wykrzyknął brunet.
- Sprawiam, że ulegniesz i zostaniesz. - powiedział hardo, jeszcze bardziej wczepiając się w jego łydkę.
- Jesteś tego pewien? - zapytał wyzywająco. I spróbował się poruszyć. Szło mu to opornie, ale zanim doszedł do framugi drzwi prowadzących na mały korytarz, Rinkashi zapytał:
- Jak mam cię przekonać, żebyś został? Nie widziałem cię przez osiemnaście lat! - pożalił się. Dopiero po chwili zrozumiał, co powiedział.
- Słu-słucham?
- Wybacz, miałem co innego na myśli... - speszony oderwał się od jego nogi i wstał. - Ja naprawdę...
- Mógłbyś mi powiedzieć, o co ci chodziło? To mi nie da spokoju - poprosił.
Rinkashi wiedział, że prędzej czy później musiałby mu to powiedzieć. I zdecydowanie wolał to "później", ale nie miał innego wyjścia.
- Chyba... chyba najlepiej będzie, jeżeli zacznę od początku.
- W jakim sensie?
- Od naszego pierwszego spotkania... znaczy od spotkania mojego i Motokiego.
I nie przeciągając, zaczął swoją opowieść.
- Nie... Przestań, proszę... - szepnął i spróbował wyplątać z jego objęć, ale chłopak tylko go do siebie.
- Czemu? Chcę ciebie. - powiedział dobitnie, nawet się nie krępując. A policzki czerwonowłosego pokryły się szkarłatem.
- A-ale... to się chyba dzieje za szybko... - powiedział zakłopotany i położył mu ręce na piersi, trzymając go na odległość.
- Tyle, że to ty mnie pocałowałeś - zauważył. - Teraz weź za to odpowiedzialność. - powiedział i pocałował go. Złapał go w pasie i posadził sobie na kolanach. Rinkashi położył mu ręce na policzkach i także wczuł się w pocałunek. Bezwiednie zaczął poruszać biodrami w rytm pocałunku, a Seiryo jęknął.
- Aaach... A ty mówisz, że to się za szybko dzieje... - spuścił głowę i oddychał ciężko. Powstrzymywał się. Bardzo się powstrzymywał, ale jakoś mu to nie wychodziło.
- B-Bo taka jest prawda - mruknął. - Czemu nagle jesteś taki śmiały? Przecież wcześniej...
- Skoro jestem pewny swoich uczuć, to po co mam się powstrzymywać? - przerwał mu.. A potem znów wpił się w jego usta.
Trwali tak dobre dziesięć minut. Po tym czerwonowłosy położył się na torsie chłopaka i zamknął oczy, jakby chciał pójść spać. Brunet spojrzał przez okno. Na zewnątrz słońce już zaszło i zrobiło się szaro. Poruszył się niespokojnie, ale został na miejscu. Jednak za chwilę poklepał czerwonowłosego po plecach.
- Rinkashi, muszę już wracać do domu - nadal trochę nieswojo mu było wymawiać to imię, ale wierzył, że z czasem się przyzwyczai. - Moi rodzice będą się martwić.
- Mhm. - mruknął tylko i wtulił się bardziej w chłopaka. - Miękki jesteś, wiesz?
- Dzięki...? - powiedział rozbawiony. - Rin, naprawdę muszę już iść.
- Mhm.
- Słuchasz mnie w ogóle?
- Nie. A teraz zamknij się i leż, bo jest mi wygodnie.
- Ale...
- Zostań na noc. - przerwał mu - Zadzwoń do rodziców i powiedz, że nie zdążysz wrócić na czas i zostajesz na noc u kolegi.
- Chętnie przystałbym na tą propozycję - powiedział pociągającym głosem - ale jutro mam szkołę, a nie mogę sobie jej tak odpuścić.
- Czemu? Ja jak byłem w twoim wieku, często ją sobie odpuszczałem.
- "Jak byłem w twoim wieku"? To ile ty masz lat? - zapytał zdziwiony.
- W lipcu skończę dwadzieścia sześć.
Bruneta zamurowało. Wyglądał na siedemnaście, może osiemnaście lat!
- Hoho, no to natura nie poskąpiła ci wyglądu - przyznał.
- W jakim sensie?
- Nie dość, że jesteś przystojny i wyglądasz na młodszego o co najmniej siedem lat, to do tego jeszcze taki seksowny - mruknął, przejeżdżając nosem po szyi chłopaka. A jego policzki znów były czerwone jak burak.
- Prze-przestań mówić takie rzeczy... - skrył twarz przyciskając czoło do jego piersi.
- Czemu? Taka prawda.
- B-bo to żenujące i... wstydliwe. - wybełkotał, a ostatnie słowo szepnął tak cicho, że nawet Seiryo miał problemy z usłyszeniem zdania.
- Słucham? - zapytał rozbawiony. - Nieważne. Wstawaj, naprawdę muszę się zbierać.
- Nie pozwolę ci odejść, przynajmniej dzisiaj. Masz zostać na noc. - rozkazał. Brunet zlekceważył go śmiejąc się.
- Co mi możesz zrobić? Jestem od ciebie silniejszy, wyższy i w ogóle.
- Ale ja jestem starszy! - krzyknął oburzony.
- A denerwujesz się jak dziecko - uśmiechnął się, gdy chłopak zbliżył się do niego, uklęknął przy nim, a potem... złapał go za nogę i przykleił się do niej jak rzep.
- H-hej, co ty robisz?! - wykrzyknął brunet.
- Sprawiam, że ulegniesz i zostaniesz. - powiedział hardo, jeszcze bardziej wczepiając się w jego łydkę.
- Jesteś tego pewien? - zapytał wyzywająco. I spróbował się poruszyć. Szło mu to opornie, ale zanim doszedł do framugi drzwi prowadzących na mały korytarz, Rinkashi zapytał:
- Jak mam cię przekonać, żebyś został? Nie widziałem cię przez osiemnaście lat! - pożalił się. Dopiero po chwili zrozumiał, co powiedział.
- Słu-słucham?
- Wybacz, miałem co innego na myśli... - speszony oderwał się od jego nogi i wstał. - Ja naprawdę...
- Mógłbyś mi powiedzieć, o co ci chodziło? To mi nie da spokoju - poprosił.
Rinkashi wiedział, że prędzej czy później musiałby mu to powiedzieć. I zdecydowanie wolał to "później", ale nie miał innego wyjścia.
- Chyba... chyba najlepiej będzie, jeżeli zacznę od początku.
- W jakim sensie?
- Od naszego pierwszego spotkania... znaczy od spotkania mojego i Motokiego.
I nie przeciągając, zaczął swoją opowieść.
środa, 20 maja 2015
Trener - Rozdział XII
- Naoki, kocham cię.
Po czym bezceremonialnie wpił mi się w usta.
Chciałem go odepchnąć, ale byłem zbyt zszokowany. Nie czując odpowiedzi z mojej strony oderwał się ode mnie. Uśmiechnął się nerwowo i lekko zarumienił.
- Taa, i to by było na tyle. Ja... wiem, że nic do mnie nie czujesz. Traktujesz mnie tylko jak brata. Nawet jeśli każesz mi teraz wyjść i nigdy nie wracać, ja... nadal będę cię kochał. Tylko proszę, pozwól mi być blisko ciebie. Inaczej nie przeżyję.
Blondyn czekał na moją reakcję. Ja nadal stałem w miejscu, osłupiały tym, co tu przed chwilą zaszło. Chłopak westchnął jedynie smutno.
- Rozumiem.
Skierował się do wyjścia. Dopiero wtedy wyrwałem się z zdumienia.
- Yosuke, czekaj...! - krzyknąłem, ale usłyszałem tylko trzask drzwi. - Yosuke, ty idioto! - walnąłem pięścią w ścianę. Gdybym mu coś odpowiedział, cokolwiek, może wtedy nie miałby mnie za skończonego drania. Szlag by to! Czemu musiałeś zrobić to akurat teraz!
Po czym bezceremonialnie wpił mi się w usta.
Chciałem go odepchnąć, ale byłem zbyt zszokowany. Nie czując odpowiedzi z mojej strony oderwał się ode mnie. Uśmiechnął się nerwowo i lekko zarumienił.
- Taa, i to by było na tyle. Ja... wiem, że nic do mnie nie czujesz. Traktujesz mnie tylko jak brata. Nawet jeśli każesz mi teraz wyjść i nigdy nie wracać, ja... nadal będę cię kochał. Tylko proszę, pozwól mi być blisko ciebie. Inaczej nie przeżyję.
Blondyn czekał na moją reakcję. Ja nadal stałem w miejscu, osłupiały tym, co tu przed chwilą zaszło. Chłopak westchnął jedynie smutno.
- Rozumiem.
Skierował się do wyjścia. Dopiero wtedy wyrwałem się z zdumienia.
- Yosuke, czekaj...! - krzyknąłem, ale usłyszałem tylko trzask drzwi. - Yosuke, ty idioto! - walnąłem pięścią w ścianę. Gdybym mu coś odpowiedział, cokolwiek, może wtedy nie miałby mnie za skończonego drania. Szlag by to! Czemu musiałeś zrobić to akurat teraz!
***
- Naoki, cholera! Otwórz mi w końcu te drzwi, wiem, że tam jesteś!
- Wypieprzaj! Nie mam ochoty na trening!
- Ale mnie to nie obchodzi! Twoja matka mi płaci, i to o wiele za dużo jak na taką robotę!
- A co?! Narzekasz?! Bo ja bym nie narzekał, skoro ci to się podoba! - warknąłem, leżąc twarzą do dołu na kanapie. Humor miałem zjebany, więc całą godzinę pozostałą do przyjścia Shiro spędziłem... szczerze mówiąc, to na niczym, oprócz użalania się nad sobą i wytykania sobie, jaki to ja jestem chujowy, beznadziejny i tak dalej. Znalazłbym pewnie jeszcze więcej przymiotników opisujących moją osobę, ale wtedy musiałbym skorzystać z internetu, który mam w telefonie, który był w sypialni, a to tak daleko...
- Naoki! Podnoś dupę i otwieraj, bo wyważę drzwi! A wtedy to ty poniesiesz za to koszty!
- Och, czemu jesteś taki upierdliwy? - mruknąłem, zwalając się na podłogę i szurając stopami podszedłem do drzwi, za którymi stał mój młody bóg. Miał na sobie biały bezrękawnik, ukazujący jego idealne mięśnie. Przez koszulkę było widać zarysowany kaloryfer. Na ramieniu miał sportową torbę.
Spojrzałem na niego złowrogo. Chciałem dać do zrozumienia całemu światu, w tym także jemu, że mam zły nastrój i że lepiej ze mną nie zadzierać, bo przypierdolę, nawet Shiro. Chociaż, po namyśle może i lepiej nie, bo on, zważywszy na jego nerwowe usposobienie i siłę, też by mi pewnie przypierdolił. A wtedy nie byłoby miło i musiałbym po raz setny rozważyć, czy naprawdę kocham go tak, jak ubzdurało sobie moje serce .No i może penis, ale to już mniej. No i oczywiście mózg, odpowiedzialny za wszystkie te duperele w naszym ciele, czy jakoś tak...
- Zachciało się księżniczce otworzyć, tak? - syknął. - Wiesz, może i nadeszła wiosna, ptaszki śpiewają, słońce świeci, ale nadal jest trochę, kurwa, zimno! A dobijam się do ciebie jakieś dziesięć minut!
- Pewnie poczekałbyś sobie jeszcze dłużej, gdyby nie to, że wręcz na mnie wymusiłeś otworzenie ci. - odwróciłem się od niego i skierowałem się w stronę lodówki, żeby zjeść coś dobrego. - No kto normalny chciałby wyważyć komuś drzwi tylko dlatego, że nie chce wpuścić kogoś do środka?!
- Może ja?
- O taaak, bo ty jesteś normalny...
- Kwestionujesz moją normalność?!
- A żebyś wiedział, że tak. Masz z tym jakiś problem?! - szatyn nie odpowiedział, tylko zaczął mi się przyglądać, bardzo intensywnym wzrokiem. Czując na sobie jego wzrok, zawsze czułem się... dziwne. - Masz w tym jakiś cel, że się tak na mnie gapisz? - zapytałem, nalewając sobie do szklanki sok.
- Nie wiem, tak jakoś... nie jesteś dzisiaj sobą, prawda? Coś się stało? Na bank coś się stało, normalnie ty... się tak nie zachowujesz. - Jeszcze ma czelność mówić mi coś takiego! Znamy się dopiero cztery dni!
Nie odpowiedziałem, tylko skupiłem się na tym, by nie wypuścić naczynia z drżących rąk. On się o mnie... martwił? Może... może jest jeszcze szansa dla mojego przypadku miłości? żeby ta "nieodwzajemniona" zamieniła się w tą "odwzajemnioną"?
Nagle ramiona chłopaka oplotły mnie w pasie, a ja o mało nie poplułem się sokiem.
- Naoki, powiesz mi, co się stało? - Czemu, do cholery, teraz jest dla mnie taki czuły?! Czy przed chwilą nie był na mnie zły?! Chce sobie pogrywać z moimi uczuciami? Bo chyba wie, co do niego czuję.
Postanowiłem zaryzykować i wygadać mu się. Miyo bym się nie wygadał, bo jest za młoda i nie chcę, żeby dokuczali jej przez to, że ma brata-pedała. Najbezpieczniej będzie, jeżeli się o niczym nie dowie. Wiem, to źle, że ją okłamuję, ale... tak będzie dla niej lepiej. I dla mnie też.
- Ech... Ale obiecujesz, że zachowasz to dla siebie?
- Obiecuję - przyrzekł.
- No bo... przed twoim przyjściem, Yosuke... on wyznał mi miłość. - czułem, jak szatyn sztywnieje i mocniej mnie do siebie przyciska. A jednak! - A ja, debil, nic nie powiedziałem, a on to wziął tak, jakbym kazał mu się wynosić. Shiro, kompletnie zjebałem. A on jest moim... no, przyjacielem! Najlepszym przyjacielem, cholera! - Jęknąłem i bezwiednie bardziej się w niego wtuliłem. Chyba spodobały mu się takie czułości, bo pocałował mnie w policzek.
- Wiesz, mogę sprawić, że zapomnisz o całej sprawie i się rozluźnisz... mogę? - jego ręce wjechały pod luźną koszulkę i zaczęły mnie głaskać po brzuchu. Nie powiem, to było przyjemne, ale nie miałem już dzisiaj ochoty na... praktycznie, to nic. Na trening zresztą też, ale skoro Shiro już tu był, to nie było sensu go odprawiać.
- Shiro, zastopuj trochę. - wyplątałem się z jego objęć. - Rozumiem, że jesteś napalony, czy coś, ale musisz odwalić swoją robotę. Chodźmy już zrobić tą rozgrzewkę, co? - westchnąłem. Chłopak spojrzał się na mnie z wyrzutem, ale za chwilę zamknął oczy, a gdy je otworzył, na jego twarz znów płynął ten łobuzerski uśmiech. Rany, co ja mam z nim zrobić...
- Wypieprzaj! Nie mam ochoty na trening!
- Ale mnie to nie obchodzi! Twoja matka mi płaci, i to o wiele za dużo jak na taką robotę!
- A co?! Narzekasz?! Bo ja bym nie narzekał, skoro ci to się podoba! - warknąłem, leżąc twarzą do dołu na kanapie. Humor miałem zjebany, więc całą godzinę pozostałą do przyjścia Shiro spędziłem... szczerze mówiąc, to na niczym, oprócz użalania się nad sobą i wytykania sobie, jaki to ja jestem chujowy, beznadziejny i tak dalej. Znalazłbym pewnie jeszcze więcej przymiotników opisujących moją osobę, ale wtedy musiałbym skorzystać z internetu, który mam w telefonie, który był w sypialni, a to tak daleko...
- Naoki! Podnoś dupę i otwieraj, bo wyważę drzwi! A wtedy to ty poniesiesz za to koszty!
- Och, czemu jesteś taki upierdliwy? - mruknąłem, zwalając się na podłogę i szurając stopami podszedłem do drzwi, za którymi stał mój młody bóg. Miał na sobie biały bezrękawnik, ukazujący jego idealne mięśnie. Przez koszulkę było widać zarysowany kaloryfer. Na ramieniu miał sportową torbę.
Spojrzałem na niego złowrogo. Chciałem dać do zrozumienia całemu światu, w tym także jemu, że mam zły nastrój i że lepiej ze mną nie zadzierać, bo przypierdolę, nawet Shiro. Chociaż, po namyśle może i lepiej nie, bo on, zważywszy na jego nerwowe usposobienie i siłę, też by mi pewnie przypierdolił. A wtedy nie byłoby miło i musiałbym po raz setny rozważyć, czy naprawdę kocham go tak, jak ubzdurało sobie moje serce .No i może penis, ale to już mniej. No i oczywiście mózg, odpowiedzialny za wszystkie te duperele w naszym ciele, czy jakoś tak...
- Zachciało się księżniczce otworzyć, tak? - syknął. - Wiesz, może i nadeszła wiosna, ptaszki śpiewają, słońce świeci, ale nadal jest trochę, kurwa, zimno! A dobijam się do ciebie jakieś dziesięć minut!
- Pewnie poczekałbyś sobie jeszcze dłużej, gdyby nie to, że wręcz na mnie wymusiłeś otworzenie ci. - odwróciłem się od niego i skierowałem się w stronę lodówki, żeby zjeść coś dobrego. - No kto normalny chciałby wyważyć komuś drzwi tylko dlatego, że nie chce wpuścić kogoś do środka?!
- Może ja?
- O taaak, bo ty jesteś normalny...
- Kwestionujesz moją normalność?!
- A żebyś wiedział, że tak. Masz z tym jakiś problem?! - szatyn nie odpowiedział, tylko zaczął mi się przyglądać, bardzo intensywnym wzrokiem. Czując na sobie jego wzrok, zawsze czułem się... dziwne. - Masz w tym jakiś cel, że się tak na mnie gapisz? - zapytałem, nalewając sobie do szklanki sok.
- Nie wiem, tak jakoś... nie jesteś dzisiaj sobą, prawda? Coś się stało? Na bank coś się stało, normalnie ty... się tak nie zachowujesz. - Jeszcze ma czelność mówić mi coś takiego! Znamy się dopiero cztery dni!
Nie odpowiedziałem, tylko skupiłem się na tym, by nie wypuścić naczynia z drżących rąk. On się o mnie... martwił? Może... może jest jeszcze szansa dla mojego przypadku miłości? żeby ta "nieodwzajemniona" zamieniła się w tą "odwzajemnioną"?
Nagle ramiona chłopaka oplotły mnie w pasie, a ja o mało nie poplułem się sokiem.
- Naoki, powiesz mi, co się stało? - Czemu, do cholery, teraz jest dla mnie taki czuły?! Czy przed chwilą nie był na mnie zły?! Chce sobie pogrywać z moimi uczuciami? Bo chyba wie, co do niego czuję.
Postanowiłem zaryzykować i wygadać mu się. Miyo bym się nie wygadał, bo jest za młoda i nie chcę, żeby dokuczali jej przez to, że ma brata-pedała. Najbezpieczniej będzie, jeżeli się o niczym nie dowie. Wiem, to źle, że ją okłamuję, ale... tak będzie dla niej lepiej. I dla mnie też.
- Ech... Ale obiecujesz, że zachowasz to dla siebie?
- Obiecuję - przyrzekł.
- No bo... przed twoim przyjściem, Yosuke... on wyznał mi miłość. - czułem, jak szatyn sztywnieje i mocniej mnie do siebie przyciska. A jednak! - A ja, debil, nic nie powiedziałem, a on to wziął tak, jakbym kazał mu się wynosić. Shiro, kompletnie zjebałem. A on jest moim... no, przyjacielem! Najlepszym przyjacielem, cholera! - Jęknąłem i bezwiednie bardziej się w niego wtuliłem. Chyba spodobały mu się takie czułości, bo pocałował mnie w policzek.
- Wiesz, mogę sprawić, że zapomnisz o całej sprawie i się rozluźnisz... mogę? - jego ręce wjechały pod luźną koszulkę i zaczęły mnie głaskać po brzuchu. Nie powiem, to było przyjemne, ale nie miałem już dzisiaj ochoty na... praktycznie, to nic. Na trening zresztą też, ale skoro Shiro już tu był, to nie było sensu go odprawiać.
- Shiro, zastopuj trochę. - wyplątałem się z jego objęć. - Rozumiem, że jesteś napalony, czy coś, ale musisz odwalić swoją robotę. Chodźmy już zrobić tą rozgrzewkę, co? - westchnąłem. Chłopak spojrzał się na mnie z wyrzutem, ale za chwilę zamknął oczy, a gdy je otworzył, na jego twarz znów płynął ten łobuzerski uśmiech. Rany, co ja mam z nim zrobić...
***
- Naoki, może już byśmy na dzisiaj skończyli?
Od przyjścia szatyna minęła jakaś godzina. W międzyczasie przyszła do nas moja matka i powiedziała, że ona i Keiji jadą na tydzień na jakąś delegację, czy ki wał. Miyo podobno miała nocować u jakiejś koleżanki, więc... zostałem sam. Na chwilę, oczywiście, ale sam. Jest beznadziejnie. Do tego Yosuke się na mnie obraził. Jest baardzo beznadziejnie.
Ale zostaje jeszcze Shiro. On będzie przychodził do mnie codziennie na treningi. Nie będzie mi się przynajmniej nudzić. No ale on będzie się do mnie dobierał. Więc jednak jest beznadziejnie.
- Czemu? Przecież zostało nam jeszcze jakieś - spojrzałem na godzinę w telefonie - pół godziny.
- No tak, ale chyba zbiera się na deszcz. - spojrzał w górę i jak na zawołanie na jego twarz spadło kilka kropel. - No... to ja się będę zbierał.
Nie rozumiem go. Najpierw się do mnie dobiera, a teraz traci okazję do... no, do dobrania się do mnie!
- Czekaj, po co będziesz wracał? Nie jesteś tu samochodem, jak zacznie padać to zmokniesz i się rozchorujesz. A mój trener nie może być chory. - powiedziałem z wyrzutem, a za chwilę, jak na zawołanie rozpadało się całkowicie.
Szczerze mówiąc, to nie obchodziło mnie zbytnio, czy będzie przeziębiony, bo podobno idiotów zarazki się nie trzymają. Miałem też w tym swój cel.
- Ale ja... - szukał jakiegoś wytłumaczenia, ale tylko westchnął. - Dobra, niech ci będzie. Ale masz mi zrobić herbatę - zagroził mi palcem.
- Jasne, jasne. - zaśmiałem się.
Chwilę potem siedzieliśmy przy niewielkim stole w kuchni. Ja stałem przy kuchence czekając, aż woda się zagotuje. Czułem jego wzrok na sobie. Jakby chciał mnie nim rozebrać. Ale poza tym, nic nie robił. Szczerze, to mógłbym się do tego przyzwyczaić. Tylko jakoś tak... nudno.
Postawiłem przed nim niebieski kubek, a on wziął go do ręki i napił się.
- Dobra. - stwierdził tylko, a potem pogrążyliśmy się w ciszy. Skupił wzrok na oknie obserwując deszcz, a raz na jakiś czas wziął łyka. Obserwowałem go uważnie, a on jakby nie zwracał na to uwagi.
- Pościgajmy się. - rzuciłem, nie panując nad tym co mówię. Spojrzał się na mnie jak na wariata, po czym zapytał:
- Jesteś tego pewien? To ty byłeś tym, który nie chciał, żebym się rozchorował - zauważył. Wzruszyłem ramionami.
- Jestem pewien. Możemy obaj być chorzy.
- To takie romantyczne - zadrwił. - Ale niech ci będzie. - powiedział odstawiając kubek i kierując się w stronę wyjścia, w międzyczasie zakładając sportowe buty. A ja poszedłem za nim.
Na dworze lało jak z cebra. Co jakiś czas walnął gdzieś grzmot, a czarne niebo rozjaśniał piorun. Nawet kilka minut po wyjściu z domu byliśmy już przemoknięci do suchej nitki. I chociaż było w miarę wcześnie, to czułem się, jakby było grubo po dziewiątej. Naprawdę.
Podeszliśmy na skraj chodnika, gdzie, po chwili namysłu, objaśniłem szatynowi trasę naszego wyścigu.
- ... a potem zawracamy i biegniemy tutaj. Zgoda?
- Zgoda. Tylko masz nie oszukiwać - zagroził mi palcem.
- Na twoim miejscu to bym się o siebie martwił - zmierzyłem go wzrokiem. Chyba zrozumiał aluzję, bo nadął policzki i udał oburzonego.
- No wiesz co...! Podejrzewać mnie o oszukiwanie, też coś! - splótł ręce na piersi i zmarszczył nos. A ja nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. On spojrzał się na mnie jakby nie wiedział, co ma robić, ale za chwilę śmiał się razem ze mną. Tak naprawdę to śmiałem się z niego, ale chyba sobie nie zdawał z tego sprawy.
- Dobra, nie traćmy czasu. Po namyśle jednak wolałbym siedzieć w domu. I nie mów "A nie mówiłem" - przerwałem mu gdy otworzył usta by coś powiedzieć. Jednak zaraz ze tego zrezygnował, podszedł do niewidzialnej linii startu i ustawił się. Zrobiłem to samo. Zerknąłem jeszcze na szatyna i na jego pełną powagi twarz. Wziął nasze małe współzawodnictwo na poważnie. O wiele bardziej, niż się spodziewałem. Myślałem, że... Po jego usposobieniu można było wywnioskować, że jest taki beztroski, że nic nie traktuje na serio. Czyli myliłem się co do niego. On się naprawdę stara. Więc ja też się postaram. Przecież nie mogę być od niego gorszy, prawda?
Przygotowaliśmy się do startu. W niewielkiej odległości od siebie, dzieliło nas tylko jakieś piętnaście centymetrów. Nawet przez deszcz czułem, jak jego ciało emituje przyjemne ciepło.
Nagle naszła mnie ochota... przytulić go.
Rzucił jeszcze na mnie okiem, po czym krzyknął "Start!".
I ruszyliśmy.
Od przyjścia szatyna minęła jakaś godzina. W międzyczasie przyszła do nas moja matka i powiedziała, że ona i Keiji jadą na tydzień na jakąś delegację, czy ki wał. Miyo podobno miała nocować u jakiejś koleżanki, więc... zostałem sam. Na chwilę, oczywiście, ale sam. Jest beznadziejnie. Do tego Yosuke się na mnie obraził. Jest baardzo beznadziejnie.
Ale zostaje jeszcze Shiro. On będzie przychodził do mnie codziennie na treningi. Nie będzie mi się przynajmniej nudzić. No ale on będzie się do mnie dobierał. Więc jednak jest beznadziejnie.
- Czemu? Przecież zostało nam jeszcze jakieś - spojrzałem na godzinę w telefonie - pół godziny.
- No tak, ale chyba zbiera się na deszcz. - spojrzał w górę i jak na zawołanie na jego twarz spadło kilka kropel. - No... to ja się będę zbierał.
Nie rozumiem go. Najpierw się do mnie dobiera, a teraz traci okazję do... no, do dobrania się do mnie!
- Czekaj, po co będziesz wracał? Nie jesteś tu samochodem, jak zacznie padać to zmokniesz i się rozchorujesz. A mój trener nie może być chory. - powiedziałem z wyrzutem, a za chwilę, jak na zawołanie rozpadało się całkowicie.
Szczerze mówiąc, to nie obchodziło mnie zbytnio, czy będzie przeziębiony, bo podobno idiotów zarazki się nie trzymają. Miałem też w tym swój cel.
- Ale ja... - szukał jakiegoś wytłumaczenia, ale tylko westchnął. - Dobra, niech ci będzie. Ale masz mi zrobić herbatę - zagroził mi palcem.
- Jasne, jasne. - zaśmiałem się.
Chwilę potem siedzieliśmy przy niewielkim stole w kuchni. Ja stałem przy kuchence czekając, aż woda się zagotuje. Czułem jego wzrok na sobie. Jakby chciał mnie nim rozebrać. Ale poza tym, nic nie robił. Szczerze, to mógłbym się do tego przyzwyczaić. Tylko jakoś tak... nudno.
Postawiłem przed nim niebieski kubek, a on wziął go do ręki i napił się.
- Dobra. - stwierdził tylko, a potem pogrążyliśmy się w ciszy. Skupił wzrok na oknie obserwując deszcz, a raz na jakiś czas wziął łyka. Obserwowałem go uważnie, a on jakby nie zwracał na to uwagi.
- Pościgajmy się. - rzuciłem, nie panując nad tym co mówię. Spojrzał się na mnie jak na wariata, po czym zapytał:
- Jesteś tego pewien? To ty byłeś tym, który nie chciał, żebym się rozchorował - zauważył. Wzruszyłem ramionami.
- Jestem pewien. Możemy obaj być chorzy.
- To takie romantyczne - zadrwił. - Ale niech ci będzie. - powiedział odstawiając kubek i kierując się w stronę wyjścia, w międzyczasie zakładając sportowe buty. A ja poszedłem za nim.
Na dworze lało jak z cebra. Co jakiś czas walnął gdzieś grzmot, a czarne niebo rozjaśniał piorun. Nawet kilka minut po wyjściu z domu byliśmy już przemoknięci do suchej nitki. I chociaż było w miarę wcześnie, to czułem się, jakby było grubo po dziewiątej. Naprawdę.
Podeszliśmy na skraj chodnika, gdzie, po chwili namysłu, objaśniłem szatynowi trasę naszego wyścigu.
- ... a potem zawracamy i biegniemy tutaj. Zgoda?
- Zgoda. Tylko masz nie oszukiwać - zagroził mi palcem.
- Na twoim miejscu to bym się o siebie martwił - zmierzyłem go wzrokiem. Chyba zrozumiał aluzję, bo nadął policzki i udał oburzonego.
- No wiesz co...! Podejrzewać mnie o oszukiwanie, też coś! - splótł ręce na piersi i zmarszczył nos. A ja nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. On spojrzał się na mnie jakby nie wiedział, co ma robić, ale za chwilę śmiał się razem ze mną. Tak naprawdę to śmiałem się z niego, ale chyba sobie nie zdawał z tego sprawy.
- Dobra, nie traćmy czasu. Po namyśle jednak wolałbym siedzieć w domu. I nie mów "A nie mówiłem" - przerwałem mu gdy otworzył usta by coś powiedzieć. Jednak zaraz ze tego zrezygnował, podszedł do niewidzialnej linii startu i ustawił się. Zrobiłem to samo. Zerknąłem jeszcze na szatyna i na jego pełną powagi twarz. Wziął nasze małe współzawodnictwo na poważnie. O wiele bardziej, niż się spodziewałem. Myślałem, że... Po jego usposobieniu można było wywnioskować, że jest taki beztroski, że nic nie traktuje na serio. Czyli myliłem się co do niego. On się naprawdę stara. Więc ja też się postaram. Przecież nie mogę być od niego gorszy, prawda?
Przygotowaliśmy się do startu. W niewielkiej odległości od siebie, dzieliło nas tylko jakieś piętnaście centymetrów. Nawet przez deszcz czułem, jak jego ciało emituje przyjemne ciepło.
Nagle naszła mnie ochota... przytulić go.
Rzucił jeszcze na mnie okiem, po czym krzyknął "Start!".
I ruszyliśmy.
poniedziałek, 18 maja 2015
Drugie Wcielenie - Rozdział III
Znacie to uczucie, gdy ktoś przed wami mdleje? Nie? No właśnie. Rinkashi też nie wiedział, jak to jest. Aż do teraz.
Dla niego to był dzień jak co dzień. Rano zadzwonił jego szef, czy za dodatkowymi pieniędzmi chciałby przepracować najgorętszy dzień w roku. Zgodził się bez wahania. I tak spóźniał się z opłatą mieszkania, więc każdy zastrzyk gotówki by się przydał. No więc już o ósmej rano był zwarty i gotowy do pracy. Miał świetny humor i wątpił, że cokolwiek mu go zniszczy. Ale jednak zniszczyło. Przez całe pięć godzin przyszły tylko dwie czy trzy osoby. Nie miał co robić, nudziło mu się. Ale obiecał szefowi, że będzie tu siedział i czekał na klientów, a on dotrzymuje słowa.
Było już po siódmej, kiedy przyszedł jakiś chłopak. Co prawda Rinkashi miał już zamykać, ale klient to klient, trzeba go obsłużyć. Czekał na niego cierpliwie, aż w końcu gość podszedł. I nagle, ni stąd ni zowąd, zemdlał. Czerwonowłosy nie wiedział co robić, dopóki nie zobaczył jego twarzy. Jego czekoladowych oczu. Jego czarnej czupryny.
- Nie, nie, nie, nie... to... to jest niemożliwe... - wyszeptał. Zakrył usta rękoma i uklęknął przy brunecie. Przejechał opuszkami palców po jego prostym nosie, po jego zamkniętych powiekach, po jego wąskich, ale miękkich jak u dziewczyny ustach. I nagle zapragnął pocałować te wargi, wpić się w nie z całą swoją siłą. Ale... to może być tylko przypadek, że on tak wygląda. Równie dobrze potem mógłby mnie posądzić o molestowanie seksualne... Nie! - potrząsł głową. - Zawsze sobie wyobrażałem, jak Motoki by wyglądał mając te osiemnaście lat. To musi być on!
Rany... Znam to praktycznie na pamięć... Zaraz pojawią się jakieś dwie kobiety, starszy typ, dwóch mężczyzn w garniturach, a teraz czas na... No właśnie. I teraz pojawia się... Chwila. Coś jest nie tak. Czemu... Czemu ten ktoś jest odwrócony do mnie plecami? Może i pojawił się tu tylko kilka razy, ale zawsze pojawiał się od przodu, nawet jeśli nie widziałem jego twarzy. Chłopak zbliżał się do niewyraźnej sylwetki, ale nagle stało się coś dziwnego. Wszystko cofnęło się do początku, jakby ktoś przewijał film. Znów musiał przechodzić przez ten korytarz. I znów. I znów. Aż nareszcie, za czwartym razem, gdy chłopak podszedł bliżej, wszystko normalnie stało w miejscu. O co tu, kurde, chodzi... Postać znów była odwrócona, lecz teraz jej sylwetka była wyraźniejsza, a głowa zdawała się jakby obracać w stronę bruneta. Ten wstrzymał oddech. Jak na złość, głowa ktosia obracała się w żółwim tempie Aż w końcu ujrzał tą twarz, którą tak bardzo chciał poznać. Ten niebieski kolor... Czy ja już go gdzieś widziałem...?
Seiryo gwałtownie otworzył oczy, dysząc ciężko. Zdziwił się, gdy zobaczył to samo, co we śnie. Tak, jakby wcale się nie obudził.
Czerwonowłosy zmarszczył brwi. Siedział już tak od jakichś piętnastu minut, obserwując chłopaka wyglądającego dokładnie jak Motoki i... nie wiedział, co ma robić. Po jego zemdleniu w sklepie zabrał bruneta do siebie. Musiał się dowiedzieć, co się dzieje, czemu on jest taki... podobny. Ale, jak wcześniej pomyślał, to mógł być tylko przypadek.
- Rinkashi... nie... zo... zostań...
Czerwonowłosy zerwał się z krzesła i podbiegł do kanapy, na której leżał chłopak. Złapał go za rękę i wyczekiwał jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Ale on nadal spał. Co jakiś czas przewracał się z boku na bok. Cokolwiek mu się śni, nie jest zbyt przyjemne - martwił się chłopak. Nawet, jeśli okazałoby się, że to wszystko to naprawdę był tylko zbieg okoliczności, nadal zostałby przy nim. Ale jak to by wyglądało, dwudziesto sześcioletni mężczyzna - który zdecydowanie nie wyglądał na swój wiek, bo miał iście chłopięcą urodę i metr sześćdziesiąt pięć wzrostu - uganiający się za osiemnastolatkiem!
Nagle brunet pociągnął nosem, a Rinkashi nachylił się nad jego twarzą. Znów poczuł to pragnienie, tak jak w sklepie. Pochylił się bardziej, kiedy chłopak zaskoczony otworzył oczy. Czerwonowłosy odskoczył od niego jak oparzony, rumieniąc się. Całe policzki paliły go niemiłosiernie. Co ja, do jasnej cholery, chciałem zrobić?! Jeszcze trochę, a by mnie poniosło i... - potrząsnął głową i spojrzał na nadal zaskoczonego bruneta.
- C-Co się właściwie stało? - zaczął zdezorientowany. Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie kojarzył tego miejsca. I gdzie ja tak w ogóle jestem?! - Rin, czy mógłbyś mi wytłumaczyć, o co... - przerwał, gdy zdał sobie sprawę, co właśnie powiedział. I jak to powiedział. Jakby znali się od... zawsze?
Dla niego to był dzień jak co dzień. Rano zadzwonił jego szef, czy za dodatkowymi pieniędzmi chciałby przepracować najgorętszy dzień w roku. Zgodził się bez wahania. I tak spóźniał się z opłatą mieszkania, więc każdy zastrzyk gotówki by się przydał. No więc już o ósmej rano był zwarty i gotowy do pracy. Miał świetny humor i wątpił, że cokolwiek mu go zniszczy. Ale jednak zniszczyło. Przez całe pięć godzin przyszły tylko dwie czy trzy osoby. Nie miał co robić, nudziło mu się. Ale obiecał szefowi, że będzie tu siedział i czekał na klientów, a on dotrzymuje słowa.
Było już po siódmej, kiedy przyszedł jakiś chłopak. Co prawda Rinkashi miał już zamykać, ale klient to klient, trzeba go obsłużyć. Czekał na niego cierpliwie, aż w końcu gość podszedł. I nagle, ni stąd ni zowąd, zemdlał. Czerwonowłosy nie wiedział co robić, dopóki nie zobaczył jego twarzy. Jego czekoladowych oczu. Jego czarnej czupryny.
- Nie, nie, nie, nie... to... to jest niemożliwe... - wyszeptał. Zakrył usta rękoma i uklęknął przy brunecie. Przejechał opuszkami palców po jego prostym nosie, po jego zamkniętych powiekach, po jego wąskich, ale miękkich jak u dziewczyny ustach. I nagle zapragnął pocałować te wargi, wpić się w nie z całą swoją siłą. Ale... to może być tylko przypadek, że on tak wygląda. Równie dobrze potem mógłby mnie posądzić o molestowanie seksualne... Nie! - potrząsł głową. - Zawsze sobie wyobrażałem, jak Motoki by wyglądał mając te osiemnaście lat. To musi być on!
***
Gdzie... gdzie jestem? Ach, to znowu korytarz... Seiryo rozejrzał się wokół siebie. Znów śnił. Nie pamiętał, co się stało wcześniej, zanim zemdlał. A przynajmniej wydawało mu się, że zemdlał. Wiedział jedynie, że poszedł do sklepu coś kupić, podszedł do kasy i wtedy urwał mu się film.Rany... Znam to praktycznie na pamięć... Zaraz pojawią się jakieś dwie kobiety, starszy typ, dwóch mężczyzn w garniturach, a teraz czas na... No właśnie. I teraz pojawia się... Chwila. Coś jest nie tak. Czemu... Czemu ten ktoś jest odwrócony do mnie plecami? Może i pojawił się tu tylko kilka razy, ale zawsze pojawiał się od przodu, nawet jeśli nie widziałem jego twarzy. Chłopak zbliżał się do niewyraźnej sylwetki, ale nagle stało się coś dziwnego. Wszystko cofnęło się do początku, jakby ktoś przewijał film. Znów musiał przechodzić przez ten korytarz. I znów. I znów. Aż nareszcie, za czwartym razem, gdy chłopak podszedł bliżej, wszystko normalnie stało w miejscu. O co tu, kurde, chodzi... Postać znów była odwrócona, lecz teraz jej sylwetka była wyraźniejsza, a głowa zdawała się jakby obracać w stronę bruneta. Ten wstrzymał oddech. Jak na złość, głowa ktosia obracała się w żółwim tempie Aż w końcu ujrzał tą twarz, którą tak bardzo chciał poznać. Ten niebieski kolor... Czy ja już go gdzieś widziałem...?
Seiryo gwałtownie otworzył oczy, dysząc ciężko. Zdziwił się, gdy zobaczył to samo, co we śnie. Tak, jakby wcale się nie obudził.
***
<kilka minut wcześniej>
- Rin... Rinkashi...Czerwonowłosy zmarszczył brwi. Siedział już tak od jakichś piętnastu minut, obserwując chłopaka wyglądającego dokładnie jak Motoki i... nie wiedział, co ma robić. Po jego zemdleniu w sklepie zabrał bruneta do siebie. Musiał się dowiedzieć, co się dzieje, czemu on jest taki... podobny. Ale, jak wcześniej pomyślał, to mógł być tylko przypadek.
- Rinkashi... nie... zo... zostań...
Czerwonowłosy zerwał się z krzesła i podbiegł do kanapy, na której leżał chłopak. Złapał go za rękę i wyczekiwał jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Ale on nadal spał. Co jakiś czas przewracał się z boku na bok. Cokolwiek mu się śni, nie jest zbyt przyjemne - martwił się chłopak. Nawet, jeśli okazałoby się, że to wszystko to naprawdę był tylko zbieg okoliczności, nadal zostałby przy nim. Ale jak to by wyglądało, dwudziesto sześcioletni mężczyzna - który zdecydowanie nie wyglądał na swój wiek, bo miał iście chłopięcą urodę i metr sześćdziesiąt pięć wzrostu - uganiający się za osiemnastolatkiem!
Nagle brunet pociągnął nosem, a Rinkashi nachylił się nad jego twarzą. Znów poczuł to pragnienie, tak jak w sklepie. Pochylił się bardziej, kiedy chłopak zaskoczony otworzył oczy. Czerwonowłosy odskoczył od niego jak oparzony, rumieniąc się. Całe policzki paliły go niemiłosiernie. Co ja, do jasnej cholery, chciałem zrobić?! Jeszcze trochę, a by mnie poniosło i... - potrząsnął głową i spojrzał na nadal zaskoczonego bruneta.
- C-Co się właściwie stało? - zaczął zdezorientowany. Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie kojarzył tego miejsca. I gdzie ja tak w ogóle jestem?! - Rin, czy mógłbyś mi wytłumaczyć, o co... - przerwał, gdy zdał sobie sprawę, co właśnie powiedział. I jak to powiedział. Jakby znali się od... zawsze?
sobota, 16 maja 2015
Trener - Rozdział XI
Witam :> Rozdział dłuższy, przynajmniej tak mi się zdaje, więc mam nadzieję, że się spodoba, A, no i wymyśliłam nareszcie tytuł na to opowiadanie. Ja taka twórcza XD
--------------------------------------------------------------------------------
Shiro całował mnie inaczej, niż dotychczas. Co prawda, nie miałem porównania, bo całowałem się z nim tylko dwa razy, ale zdążyłem zapamiętać kształt, smak i miękkość jego warg. Pocałunek był bardziej... namiętny. Jego ręce błądziły po moich plecach, czasami zajeżdżając na pośladki. Raz po raz muskał mój niedawno odkryty czuły punkt na kręgosłupie. Ja tylko sapałem mu w usta, bo do czegoś innego nie byłem zdolny. Chłopak mieszał mi w głowie. Szczerze, to nie pamiętałem jak mam na imię. Złapałem go za kucyka i przyciągnąłem do siebie. Chłopak popchnął mnie lekko na ścianę i wsunął mi kolano między nogi. Jęknąłem z podniecenia, a szatyn oderwał się na chwilę ode mnie.
- Już ci stoi? - zapytał ze złośliwym uśmieszkiem.
- Za... Zamknij się... Może mi powiesz, że... że tobie już nie stanął? - mruknąłem, wijąc się pod jego uściskiem.
- To nie moja wina, że tak na mnie działasz - wyszeptał, przejeżdżając nosem po mojej szyi. Chciałem, żeby zrobił coś więcej. Chciałem, żeby wziął mnie całego, na własność. Chciałem się z nim kochać. Chciałem krzyczeć jego imię, gdy dojdę. Mogłem być nawet jego zabawką, byle tylko być przy nim. Chyba trafił mi się najgorszy z możliwych przypadek miłości - ta nieodwzajemniona. Tak naprawdę Shiro pewnie chciał mnie tylko przelecieć. Nawet jeśli miał mnie po tym zostawić, to... I tak go kochałem. Może też by mnie pokochał.
Jego ręka wędrowała po moich sutkach, po brzuchu, aż zjechała na linię spodni. Myślałem, że zrobi coś więcej, ale on się zatrzymał. Z całym moim pożądaniem uniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy, oddychając głęboko. Dłoń Shiro drgnęła lekko, ale cały czas była na guziku, raz po raz po nim przejeżdżając, jakby od niechcenia.
- Powiedz mi, co mam teraz zrobić - szepnął, chuchając mi na twarz. W jego oddechu czułem miętę.
- Za... Zamknij się i to... zrób to... - warknąłem, przymykając oczy.A on się zaśmiał.
- Co dokładnie?
- Wł... Włóż tam rękę... proszę... - jęknąłem. Chłopak cmoknął mnie po nosie. Po czole. Po ustach. A potem wessał się w moją szyję, jednocześnie wsuwając rękę do moich bokserek i łapiąc za nabrzmiałego penisa. To było niesamowite. Kilka ruchów wystarczyło, żebym doszedł, ale moja męskość nadal była zwarta i gotowa. I co najważniejsze - twarda.
- Tak szybko, Naoki? Ktoś tu widzę jest bardzo napalony... - zaśmiał się.
- I mówi to ten, który sam zaczął - mruknąłem.
- Ja zacząłem? To ty mnie pocałowałeś! - poniosło go, ale ja nie pozostałem mu dłużny.
- Bo zrobiłeś tą swoją minę zbitego psa!
- Bo byłeś na mnie zły!
- To ty zacząłeś!
- Ja?! Obraziłeś się na mnie z chuj wie jakiego powodu, a teraz się wywijasz?! Ja tu przyszedłem, żeby cię przeprosić!
No i cały nastrój poszedł się pierdolić. A my niestety nie. Już nawet mi opadł.
Staliśmy tak naprzeciw siebie, on wpatrywał się we mnie z gniewem w oczach, chociaż jemu nadal stał. Ja splotłem ręce na piersi i patrzyłem się na niego, także ze złością, ale w mniejszym stopniu. A to mi mówią, że jestem nerwowy!
Nagle rozległo się pukanie. Obaj w tym samym czasie spojrzeliśmy na drzwi.
- Pójdę otworzyć - westchnąłem. Przed wejściem czekała moja mama.
- Witaj, Naoki. Mogę wejść? - uśmiechnęła się i nie czekając na moją reakcję weszła do środka. Widząc szatyna otworzyła usta ze zdziwienia. - Och, to pan Kobayashi też tu jest? - no tak, zapomniałem, że Shiro podał nieprawdziwe imię i nazwisko. Swoją drogą, muszę go o to zapytać.
- Dzień dobry, pani Takemura - ukłonił się z uśmiechem. Podlizywacz jeden.
- Panie Kobayashi, skoro pan już tu jest, to czy mogłabym z panem porozmawiać? Na osobności?
- To zależy, czy pani syn nie będzie miał nic przeciwko - oboje spojrzeli na mnie wyczekująco. Wzruszyłem ramionami. Przeszukałem jeszcze umysł w poszukiwaniu jego fałszywego imienia, bo kompletnie mi to z głowy wyleciało.
- Spoko. Mitsuo miał i tak już wychodzić, prawda? - obróciłem się poszedłem na górę do swojej sypialni. Ta sytuacja tak bardzo przypominała mi zdarzenie z baru... Ale nieważne. Musiałem przygotować się na jutrzejszy dzień do szkoły. W końcu to ostatni rok, nie mogę przecież źle wypaść. Zostaje jeszcze sprawa Shiro. Z tego co wiem od Yosuke, szatyn będzie z nami chodził do klasy. Nie mam pojęcia jak to będzie, skoro prawie staje mi za każdym razem, kiedy widzę jego łobuzerski uśmiech!
Moja matka i szatyn wyszli na zewnątrz, a ja miałem trochę czasu dla siebie. Postanowiłem wziąć prysznic i porządnie sobie zwalić.
--------------------------------------------------------------------------------
Shiro całował mnie inaczej, niż dotychczas. Co prawda, nie miałem porównania, bo całowałem się z nim tylko dwa razy, ale zdążyłem zapamiętać kształt, smak i miękkość jego warg. Pocałunek był bardziej... namiętny. Jego ręce błądziły po moich plecach, czasami zajeżdżając na pośladki. Raz po raz muskał mój niedawno odkryty czuły punkt na kręgosłupie. Ja tylko sapałem mu w usta, bo do czegoś innego nie byłem zdolny. Chłopak mieszał mi w głowie. Szczerze, to nie pamiętałem jak mam na imię. Złapałem go za kucyka i przyciągnąłem do siebie. Chłopak popchnął mnie lekko na ścianę i wsunął mi kolano między nogi. Jęknąłem z podniecenia, a szatyn oderwał się na chwilę ode mnie.
- Już ci stoi? - zapytał ze złośliwym uśmieszkiem.
- Za... Zamknij się... Może mi powiesz, że... że tobie już nie stanął? - mruknąłem, wijąc się pod jego uściskiem.
- To nie moja wina, że tak na mnie działasz - wyszeptał, przejeżdżając nosem po mojej szyi. Chciałem, żeby zrobił coś więcej. Chciałem, żeby wziął mnie całego, na własność. Chciałem się z nim kochać. Chciałem krzyczeć jego imię, gdy dojdę. Mogłem być nawet jego zabawką, byle tylko być przy nim. Chyba trafił mi się najgorszy z możliwych przypadek miłości - ta nieodwzajemniona. Tak naprawdę Shiro pewnie chciał mnie tylko przelecieć. Nawet jeśli miał mnie po tym zostawić, to... I tak go kochałem. Może też by mnie pokochał.
Jego ręka wędrowała po moich sutkach, po brzuchu, aż zjechała na linię spodni. Myślałem, że zrobi coś więcej, ale on się zatrzymał. Z całym moim pożądaniem uniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy, oddychając głęboko. Dłoń Shiro drgnęła lekko, ale cały czas była na guziku, raz po raz po nim przejeżdżając, jakby od niechcenia.
- Powiedz mi, co mam teraz zrobić - szepnął, chuchając mi na twarz. W jego oddechu czułem miętę.
- Za... Zamknij się i to... zrób to... - warknąłem, przymykając oczy.A on się zaśmiał.
- Co dokładnie?
- Wł... Włóż tam rękę... proszę... - jęknąłem. Chłopak cmoknął mnie po nosie. Po czole. Po ustach. A potem wessał się w moją szyję, jednocześnie wsuwając rękę do moich bokserek i łapiąc za nabrzmiałego penisa. To było niesamowite. Kilka ruchów wystarczyło, żebym doszedł, ale moja męskość nadal była zwarta i gotowa. I co najważniejsze - twarda.
- Tak szybko, Naoki? Ktoś tu widzę jest bardzo napalony... - zaśmiał się.
- I mówi to ten, który sam zaczął - mruknąłem.
- Ja zacząłem? To ty mnie pocałowałeś! - poniosło go, ale ja nie pozostałem mu dłużny.
- Bo zrobiłeś tą swoją minę zbitego psa!
- Bo byłeś na mnie zły!
- To ty zacząłeś!
- Ja?! Obraziłeś się na mnie z chuj wie jakiego powodu, a teraz się wywijasz?! Ja tu przyszedłem, żeby cię przeprosić!
No i cały nastrój poszedł się pierdolić. A my niestety nie. Już nawet mi opadł.
Staliśmy tak naprzeciw siebie, on wpatrywał się we mnie z gniewem w oczach, chociaż jemu nadal stał. Ja splotłem ręce na piersi i patrzyłem się na niego, także ze złością, ale w mniejszym stopniu. A to mi mówią, że jestem nerwowy!
Nagle rozległo się pukanie. Obaj w tym samym czasie spojrzeliśmy na drzwi.
- Pójdę otworzyć - westchnąłem. Przed wejściem czekała moja mama.
- Witaj, Naoki. Mogę wejść? - uśmiechnęła się i nie czekając na moją reakcję weszła do środka. Widząc szatyna otworzyła usta ze zdziwienia. - Och, to pan Kobayashi też tu jest? - no tak, zapomniałem, że Shiro podał nieprawdziwe imię i nazwisko. Swoją drogą, muszę go o to zapytać.
- Dzień dobry, pani Takemura - ukłonił się z uśmiechem. Podlizywacz jeden.
- Panie Kobayashi, skoro pan już tu jest, to czy mogłabym z panem porozmawiać? Na osobności?
- To zależy, czy pani syn nie będzie miał nic przeciwko - oboje spojrzeli na mnie wyczekująco. Wzruszyłem ramionami. Przeszukałem jeszcze umysł w poszukiwaniu jego fałszywego imienia, bo kompletnie mi to z głowy wyleciało.
- Spoko. Mitsuo miał i tak już wychodzić, prawda? - obróciłem się poszedłem na górę do swojej sypialni. Ta sytuacja tak bardzo przypominała mi zdarzenie z baru... Ale nieważne. Musiałem przygotować się na jutrzejszy dzień do szkoły. W końcu to ostatni rok, nie mogę przecież źle wypaść. Zostaje jeszcze sprawa Shiro. Z tego co wiem od Yosuke, szatyn będzie z nami chodził do klasy. Nie mam pojęcia jak to będzie, skoro prawie staje mi za każdym razem, kiedy widzę jego łobuzerski uśmiech!
Moja matka i szatyn wyszli na zewnątrz, a ja miałem trochę czasu dla siebie. Postanowiłem wziąć prysznic i porządnie sobie zwalić.
***
Dźwięk tego przeklętego urządzenia, nazwanego przez ludzi pieszczotliwie "budzik", wyrwał mnie z erotycznego snu - wiadomo o kim - około siódmej, gdzie miałem go nastawionego na szóstą. Oczywiście po drodze były drzemki, dużo drzemek. No ale w końcu trzeba było wstać.
Po drodze wstąpiłem po Yosuke, który, jako iż zwykle wręcz tryska energią, to dzisiaj był nie w sosie. Co z jednej strony mnie trochę zmartwiło, ale znowuż nie zadawał głupich, albo co gorsza dziwnych pytań. Bo z pewnością widział wibrator od Shiro. Tak swoją drogą, to szatyn jeszcze się mnie nie zapytał, czy mi się spodobał, a biorąc pod uwagę jego charakter jest to bardzo prawdopodobne.
Dojście do szkoły zajęło nam jakieś dziesięć, piętnaście minut. Widziałem parę nowych twarzy, ale większość to te same chore pojeby z którymi chodziłem do klasy. Przywitałem się z tymi bardziej przeze mnie lubianymi, kiedy zobaczyłem Shiro otoczonego grupką dziewczyn. Boże, nawet w tym beznadziejnym, szkolnym mundurku wyglądał tak seksownie! Górny guzik koszuli miał odpięty, krawat zawiązany na odczep się - założę się, że nie umiał go wiązać - i włosy związane w koński ogon, a na jego twarz opadało kilka kosmyków włosów, sprawiając wrażenie nieładu. Cholera, naprawdę jest coś ze mną nie tak... Ale nie oszukujmy się - jestem gejem. To pewne. Podjął moje spojrzenie, po czym... uśmiechnął się. Uśmiechną się tak, jak kocham. Zmiękły mi kolana, i chyba... chyba mi stanął. Skrzywiłem się i jak najszybciej pobiegłem - niezdarnie, ale pobiegłem - do szkolnej łazienki. Blondyn chyba się nie zorientował, że zniknąłem, bo za mną nie pobiegł. I nawet lepiej, że tego nie zrobił. Nie chciałem widowni. No, może widownia w postaci pewnego szatyna byłaby... Hej, hej, hej. Hej. Koniec. Nie. Stop. Nie mogę teraz o tym myśleć, ponieważ moja erekcja aż boli.
Cała ta nagła "akcja" zajęła mi jakieś pięć minut, a to za sprawą mojej bujnej wyobraźni. Podszedłem do umywalki oblać sobie twarz, kiedy do łazienki wszedł ktoś jeszcze, a dokładniej - moja blondynka. Okazało się, że jednak zauważył moją ucieczkę, ale chciał mi dać trochę spokoju. Powiedział też, że wie z jakiego powodu tu uciekłem, ale tego dnia już się do mnie nie odezwał, dlatego przez wszystkie lekcje zapoznawcze nie miałem co robić, bo znałem wszystkich nauczycieli. A jako że dopiero co odkryłem swoją orientację, z nudów zacząłem przyglądać się wszystkim nowym twarzom by sprawdzić, czy może coś mnie w środku dźgnie i faza na Shiro mi przejdzie, który, przy okazji należał do mojej klasy. Cały czas czułem jego wzrok na sobie, co bardzo mnie dekoncentrowało. A wracając do moich "polowań", żaden facet nie spodobał mi się tak, jak szatyn. A było kilka niezłych ciach. Rany, zaczynam gadać jak dziewczyna. Gejostwo chyba nie wpływa na ludzi za dobrze.
Cała ta nagła "akcja" zajęła mi jakieś pięć minut, a to za sprawą mojej bujnej wyobraźni. Podszedłem do umywalki oblać sobie twarz, kiedy do łazienki wszedł ktoś jeszcze, a dokładniej - moja blondynka. Okazało się, że jednak zauważył moją ucieczkę, ale chciał mi dać trochę spokoju. Powiedział też, że wie z jakiego powodu tu uciekłem, ale tego dnia już się do mnie nie odezwał, dlatego przez wszystkie lekcje zapoznawcze nie miałem co robić, bo znałem wszystkich nauczycieli. A jako że dopiero co odkryłem swoją orientację, z nudów zacząłem przyglądać się wszystkim nowym twarzom by sprawdzić, czy może coś mnie w środku dźgnie i faza na Shiro mi przejdzie, który, przy okazji należał do mojej klasy. Cały czas czułem jego wzrok na sobie, co bardzo mnie dekoncentrowało. A wracając do moich "polowań", żaden facet nie spodobał mi się tak, jak szatyn. A było kilka niezłych ciach. Rany, zaczynam gadać jak dziewczyna. Gejostwo chyba nie wpływa na ludzi za dobrze.
***
Dźwięk dzwonka oznaczał koniec tortur, nawet jeśli nic nam nie zadali. I tak było... no, nie było fajnie. To znaczy było, ale... Aaach, już sam nie wiem. Dostałem karteczki z numerami od kilku dziewczyn, ale gdy zniknęły z horyzontu, wywijając tyłkami, wyrzuciłem je. To było niemiłe, wiem, ale skoro jestem gejem to już wolałbym numery od facetów...
Muszę to przed sobą przyznać - byłem cholernie zazdrosny o Shiro. Przez całe sześć godzin otaczał go wianuszek jakichś lasek. Ale on nadal rzucał mi te spragnione spojrzenia, jakby cały czas miał ochotę na seks. Jak mnie mijał, zazwyczaj "przypadkowo" dotykał mnie tam, gdzie normalny znajomy nie powinien. Mam na myśli mój słaby punkt. Chociaż teraz tak myśląc, to normalny znajomy też mógłby mnie tam dotknąć, ale tylko przypadkowo. A on to robił specjalnie! I za każdym razem uginały się pode mną kolana, a po moim ciele rozchodziło się takie ciepło, jakbym płonął żywcem. Rozumiem, że miał chcicę, czy coś, ale mógł się chociaż w szkole powstrzymywać! No a poza tym dzisiaj przychodzi do mnie na trening, więc mógłby wtedy spróbować. A ja może bym się zgodził. Co ja pierdolę, oczywiście, że bym się zgodził.
Jak zwykle odprowadziłem Yosuke do domu, po czym poszedłem do własnego. Blondyn, żegnając się ze mną zrobił taką minę, jakby coś sobie postanowił. Nie wiedziałem o co chodzi, ale może być ciekawie. Nawet bardzo.
***
Siedziałem na kanapie przerzucając kanapy w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Pod ręką miałem paczkę czipsów. Było jeszcze wcześnie, około trzeciej. Szatyn miał przyjść o czwartej. Czyli została mi bezużyteczna godzina. Może by się tak przespać?
Rozmyślania przerwało mi pukanie. Krzyknąłem "Już idę", po czym zgramoliłem się z siedzenia. W drzwiach stał Yosuke. Bez słowa wparował do środka, po czym zaczął krążyć w tę i z powrotem.
- Hej, Yosuke, o co chodzi...? - zapytałem, nie będąc pewnym, czego miałem się po nim spodziewać. Chłopak spojrzał na mnie przelotnie, lecz nadal krążył po pokoju.
- Ja... ja już tak nie mogę, Naoki. Ja próbuję, ale... nie mogę.
- Czego nie możesz?
- Widzę, że coś cię łączy z tamtym kolesiem. Dlatego nie mam już czasu.
- Chłopie, o co ci kurde chodzi?! Mówże jaśniej!
Blondyn podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy.
- Naoki, kocham cię.
Po czym bezceremonialnie wpił się w moje usta.
wtorek, 12 maja 2015
Drugie Wcielenie - Rozdział II
Halo alo!
Tak, wiem, dodaję rozdziały nieregularnie. Tak, wiem, jestem gupia ;_; Ale no cóż, takie życie, trolololo. Obiecuję, że raz na tydzień coś się tu pojawi;_;
Jak na tą porę dnia mały bar w centrum miasta był kompletnie pusty. Normalnie właściciel nie mógł się odpędzić od klientów, ale dzisiaj było inaczej. Na ulicach nie było ani jednej żywej duszy. Wszystko było takie... ciche. A to dlatego, że cały kontynent azjatycki nawiedziła fala ogromnych upałów. W cieniu ponad 40 stopni, a w słońcu jeszcze więcej. Ludzie zazwyczaj zbierali się przy publicznych fontannach, gdzie można było łatwo i tanio się ochłodzić. Do czasu aż nie wyłączyli wody w kilku dzielnicach Tokio. Tylko niektóre lokale miały własne zbiorniki lub małe studnie. A właśnie w tym małym barze w centrum taki zbiornik był. Tylko ludzie byli zbyt leniwi, by tam przyjść. A jako że właścicielowi nie chciało się wydawać pieniędzy na pracowników, to pracował tam sam. I musiał się kisić w fartuchu w kuchni. I nie mógł po prostu zamknąć sklepu jak cala dzielnica, bo "ktoś mógł przyjść". No i przyszedł.
Chłopak miał przydługie czarne włosy i przepiękne czekoladowe oczy. Nie podszedł od razu do kasy tylko usiadł w najbardziej oddalonym kącie. Z torby, którą miał przy sobie, wyciągnął jakąś książkę i zaczął czytać. I tak minęło dziesięć minut. Mężczyźnie zaczynało to grać na nerwy. Nic nie zamawiał, a korzystał z tego, że wewnątrz nie było tak gorąco.
- Ekhem, ekhem! - chłopak poderwał głowę i spojrzał w jego stronę. - Młody, kupujesz coś? Jeśli nie, to wypad! - warknął.
- Przepraszam, ale czekam na kolegę. Jak on przyjdzie to z pewnością coś zamówię, proszę się nie martwić - uśmiechnął się promiennie, ukazując aż zbyt idealne białe zęby.
- Dobra, dobra... - mruknął sprzedawca i odwrócił się do niego plecami.
I tak minął kwadrans, kiedy do baru wpadł następny klient, także chłopak. Miał długie, związane w koński ogon włosy o kolorze czystego błękitu. Rozbiegane złote oczy rozglądały się uważnie po pomieszczeniu. Gdy zobaczył swojego przyjaciela odetchnął z ulgą i zdjął z uszu różowe słuchawki. Z uśmiechem na ustach podszedł do stolika.
- Siemano, Seiryo! Sorry za spóźnienie, ale paczka przyszła i musiałem ją odebrać. Patrz jakie cudo! - pisnął, po czym wyciągnął z torby obszerną, biało - niebieską bluzę z żółtymi wstawkami i wizerunkiem hamburgera na prawym ramieniu. Przytulił ją jakby to była jego wymarzona dziewczyna, której swoją drogą nie miał, aż w końcu usiadł. - No więc, co tam u ciebie?
Brunet podniósł głowę znad książki i także się lekko uśmiechnął.
- Znów zmieniłeś kontakty? Już przyzwyczaiłem się do tamtych fioletowych. Tak samo jak do fioletowych włosów. A chciałbym zauważyć, że to było niespełna dwa dni temu, Kyoshi.
- Nie czepiaj się. Te mi się bardziej podobają - pokazał przyjacielowi język. - A tak naprawdę to o czym chciałeś pogadać?
- O tych dziwnych snach. Powtarzają się. Znów.
- Wiesz, to trochę dziwne. To już trwa prawie dwa tygodnie. Nadal jest w nich ta sama treść?
- Tak jakby. Idę tym samym szkolnym korytarzem, a wokół mnie jak spod ziemi wyrastają różne postaci, których kompletnie nie kojarzę. Tyle że teraz... teraz coś jest inaczej. W końcu dochodzę na koniec tego korytarza, gdzie ktoś się pojawia. I nie mam bladego pojęcia czemu, ale chyba... chyba coś do niego czuję. Zawsze gdy go widzę robi mi się tak cieplej na sercu i mam ochotę go przytulić. Ale gdy się zbliżam, wszystko znika, a ja się budzę - wzdrygnął się na zamglone wspomnienie. Brunet podczas swoich snów próbował się powstrzymywać od podchodzenia do tajemniczej osoby, ale pragnienie było zbyt silne i w końcu budził się zlany potem bez jakichkolwiek informacji. Czuł, że on jest gdzieś blisko, że go zna, że już kiedyś go widział. - Już sam nie wiem co robić. Przez to cały czas jestem niewyspany. Nie mam już siły na to wszystko - przetarł twarz rękoma.
- Nie ma się co zamartwiać, stary. A teraz zamówmy coś, jestem strasznie głodny - oblizał się, po czym podniósł się gwałtownie z krzesła i pobiegł do kasy. A właściciel przyjął jego zamówienie z niemałym entuzjazmem.
Dania gotowe były gotowe dopiero po dziesięciu minutach. Co i tak było niezłym wynikiem zważywszy na to, że właściciel był straszliwym leniem. Zamówili sobie po ramenie, błękitnowłosy onigiri a brunet tempurę. Jedli w ciszy, kiedy duży, wyglądający jak cegła telefon zadzwonił piskliwym dzwonkiem. Brunet westchnął.
- Odbierz. Nie zniosę dłużej tego cholernego dźwięku.
- Dzięki! Jesteś najlepszy! - krzyknął wstając i wybiegając na zewnątrz. Po chwili wrócił, nadal trzymając komórkę przy uchu. - Wybacz, Teiko zemdlała i mama panikuje. Co jest z tymi kobietami... No nic, w każdym razie będę się zbierał. Do zobaczenia i w ogóle. Możesz zjeść moje onigiri! - rzucił jeszcze i wybiegł, zostawiając bruneta sam na sam ze swoimi myślami.
Mężczyźnie odpowiedziała cisza. Spojrzał w kierunku stolika chłopaka. Zza kanapy dostrzegł czarną czuprynę, więc pewnie spał. Podszedł do niego i spojrzał na jego twarz pogrążoną we śnie. Może nie powinienem go budzić... Wygląda tak uroczo... Chwila! Urocza to może być dziewczyna, nie facet. A on ma pewnie z osiemnaście lat. Ale ten spokój na jego twarzy... Nagle Seiryo poruszył się niespokojnie. Może go obudziłem? - zaniepokoił się kucharz.
- Rin... Rinka...ashi... zo... zostań... - zaczął mamrotać, a potem niespodziewanie otworzył oczy. Rozglądał się przez chwilę nerwowo, po czym spojrzał na stojącą przed nim postać.
- Ach! C-co się stało? Zasnąłem? Ale ze mnie idiota! Przepraszam za kłopot...
- Nie martw się - przerwał mu. - I tak dopiero miałem zamykać, nic się nie stało. A teraz zmiataj do domu, bo rodzice będą się niepokoić. - ponaglił go. Brunet szybko podziękował i wybiegł. Na dworze zrobiło się chłodniej, ale tylko odrobinę. Chociaż było już grubo po siódmej, upał był taki jakby słońce w ogóle nie zachodziło. Seiryo spojrzał w niebo. Mam nadzieję, że może w nocy spadnie deszcz. Mam dość tego gorąca. Ach... Mam ochotę na loda. No więc postanowił wstąpić do pierwszego lepszego i, co najważniejsze, otwartego sklepu i kupić pożądaną rzecz.
Było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie była wentylacja. Może i nie było tam jakichś wybitnych produktów, ale zawsze to coś. Chłopak skierował się do lodówki, a wybranie loda nie zajęło mu zbyt dużo czasu. Podszedł do kasjera i spojrzał na jego twarz. Zdążył tylko uchwycić niebieskie oczy i nastroszone czerwone włosy. A potem zemdlał.
Tak, wiem, dodaję rozdziały nieregularnie. Tak, wiem, jestem gupia ;_; Ale no cóż, takie życie, trolololo. Obiecuję, że raz na tydzień coś się tu pojawi;_;
Jak na tą porę dnia mały bar w centrum miasta był kompletnie pusty. Normalnie właściciel nie mógł się odpędzić od klientów, ale dzisiaj było inaczej. Na ulicach nie było ani jednej żywej duszy. Wszystko było takie... ciche. A to dlatego, że cały kontynent azjatycki nawiedziła fala ogromnych upałów. W cieniu ponad 40 stopni, a w słońcu jeszcze więcej. Ludzie zazwyczaj zbierali się przy publicznych fontannach, gdzie można było łatwo i tanio się ochłodzić. Do czasu aż nie wyłączyli wody w kilku dzielnicach Tokio. Tylko niektóre lokale miały własne zbiorniki lub małe studnie. A właśnie w tym małym barze w centrum taki zbiornik był. Tylko ludzie byli zbyt leniwi, by tam przyjść. A jako że właścicielowi nie chciało się wydawać pieniędzy na pracowników, to pracował tam sam. I musiał się kisić w fartuchu w kuchni. I nie mógł po prostu zamknąć sklepu jak cala dzielnica, bo "ktoś mógł przyjść". No i przyszedł.
Chłopak miał przydługie czarne włosy i przepiękne czekoladowe oczy. Nie podszedł od razu do kasy tylko usiadł w najbardziej oddalonym kącie. Z torby, którą miał przy sobie, wyciągnął jakąś książkę i zaczął czytać. I tak minęło dziesięć minut. Mężczyźnie zaczynało to grać na nerwy. Nic nie zamawiał, a korzystał z tego, że wewnątrz nie było tak gorąco.
- Ekhem, ekhem! - chłopak poderwał głowę i spojrzał w jego stronę. - Młody, kupujesz coś? Jeśli nie, to wypad! - warknął.
- Przepraszam, ale czekam na kolegę. Jak on przyjdzie to z pewnością coś zamówię, proszę się nie martwić - uśmiechnął się promiennie, ukazując aż zbyt idealne białe zęby.
- Dobra, dobra... - mruknął sprzedawca i odwrócił się do niego plecami.
I tak minął kwadrans, kiedy do baru wpadł następny klient, także chłopak. Miał długie, związane w koński ogon włosy o kolorze czystego błękitu. Rozbiegane złote oczy rozglądały się uważnie po pomieszczeniu. Gdy zobaczył swojego przyjaciela odetchnął z ulgą i zdjął z uszu różowe słuchawki. Z uśmiechem na ustach podszedł do stolika.
- Siemano, Seiryo! Sorry za spóźnienie, ale paczka przyszła i musiałem ją odebrać. Patrz jakie cudo! - pisnął, po czym wyciągnął z torby obszerną, biało - niebieską bluzę z żółtymi wstawkami i wizerunkiem hamburgera na prawym ramieniu. Przytulił ją jakby to była jego wymarzona dziewczyna, której swoją drogą nie miał, aż w końcu usiadł. - No więc, co tam u ciebie?
Brunet podniósł głowę znad książki i także się lekko uśmiechnął.
- Znów zmieniłeś kontakty? Już przyzwyczaiłem się do tamtych fioletowych. Tak samo jak do fioletowych włosów. A chciałbym zauważyć, że to było niespełna dwa dni temu, Kyoshi.
- Nie czepiaj się. Te mi się bardziej podobają - pokazał przyjacielowi język. - A tak naprawdę to o czym chciałeś pogadać?
- O tych dziwnych snach. Powtarzają się. Znów.
- Wiesz, to trochę dziwne. To już trwa prawie dwa tygodnie. Nadal jest w nich ta sama treść?
- Tak jakby. Idę tym samym szkolnym korytarzem, a wokół mnie jak spod ziemi wyrastają różne postaci, których kompletnie nie kojarzę. Tyle że teraz... teraz coś jest inaczej. W końcu dochodzę na koniec tego korytarza, gdzie ktoś się pojawia. I nie mam bladego pojęcia czemu, ale chyba... chyba coś do niego czuję. Zawsze gdy go widzę robi mi się tak cieplej na sercu i mam ochotę go przytulić. Ale gdy się zbliżam, wszystko znika, a ja się budzę - wzdrygnął się na zamglone wspomnienie. Brunet podczas swoich snów próbował się powstrzymywać od podchodzenia do tajemniczej osoby, ale pragnienie było zbyt silne i w końcu budził się zlany potem bez jakichkolwiek informacji. Czuł, że on jest gdzieś blisko, że go zna, że już kiedyś go widział. - Już sam nie wiem co robić. Przez to cały czas jestem niewyspany. Nie mam już siły na to wszystko - przetarł twarz rękoma.
- Nie ma się co zamartwiać, stary. A teraz zamówmy coś, jestem strasznie głodny - oblizał się, po czym podniósł się gwałtownie z krzesła i pobiegł do kasy. A właściciel przyjął jego zamówienie z niemałym entuzjazmem.
Dania gotowe były gotowe dopiero po dziesięciu minutach. Co i tak było niezłym wynikiem zważywszy na to, że właściciel był straszliwym leniem. Zamówili sobie po ramenie, błękitnowłosy onigiri a brunet tempurę. Jedli w ciszy, kiedy duży, wyglądający jak cegła telefon zadzwonił piskliwym dzwonkiem. Brunet westchnął.
- Odbierz. Nie zniosę dłużej tego cholernego dźwięku.
- Dzięki! Jesteś najlepszy! - krzyknął wstając i wybiegając na zewnątrz. Po chwili wrócił, nadal trzymając komórkę przy uchu. - Wybacz, Teiko zemdlała i mama panikuje. Co jest z tymi kobietami... No nic, w każdym razie będę się zbierał. Do zobaczenia i w ogóle. Możesz zjeść moje onigiri! - rzucił jeszcze i wybiegł, zostawiając bruneta sam na sam ze swoimi myślami.
***
- Młody, zamykam już. Fajnie by było, gdybyś zdecydował się wyjść, wiesz?Mężczyźnie odpowiedziała cisza. Spojrzał w kierunku stolika chłopaka. Zza kanapy dostrzegł czarną czuprynę, więc pewnie spał. Podszedł do niego i spojrzał na jego twarz pogrążoną we śnie. Może nie powinienem go budzić... Wygląda tak uroczo... Chwila! Urocza to może być dziewczyna, nie facet. A on ma pewnie z osiemnaście lat. Ale ten spokój na jego twarzy... Nagle Seiryo poruszył się niespokojnie. Może go obudziłem? - zaniepokoił się kucharz.
- Rin... Rinka...ashi... zo... zostań... - zaczął mamrotać, a potem niespodziewanie otworzył oczy. Rozglądał się przez chwilę nerwowo, po czym spojrzał na stojącą przed nim postać.
- Ach! C-co się stało? Zasnąłem? Ale ze mnie idiota! Przepraszam za kłopot...
- Nie martw się - przerwał mu. - I tak dopiero miałem zamykać, nic się nie stało. A teraz zmiataj do domu, bo rodzice będą się niepokoić. - ponaglił go. Brunet szybko podziękował i wybiegł. Na dworze zrobiło się chłodniej, ale tylko odrobinę. Chociaż było już grubo po siódmej, upał był taki jakby słońce w ogóle nie zachodziło. Seiryo spojrzał w niebo. Mam nadzieję, że może w nocy spadnie deszcz. Mam dość tego gorąca. Ach... Mam ochotę na loda. No więc postanowił wstąpić do pierwszego lepszego i, co najważniejsze, otwartego sklepu i kupić pożądaną rzecz.
Było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie była wentylacja. Może i nie było tam jakichś wybitnych produktów, ale zawsze to coś. Chłopak skierował się do lodówki, a wybranie loda nie zajęło mu zbyt dużo czasu. Podszedł do kasjera i spojrzał na jego twarz. Zdążył tylko uchwycić niebieskie oczy i nastroszone czerwone włosy. A potem zemdlał.
sobota, 2 maja 2015
Drugie Wcielenie - Rozdział I
Mężczyzna w garniturze strzelił.
Potem wszystko potoczyło się jakby w zwolnionym tempie.
Bezwładne ciało Kazuhiro opadło na kolana, patrząc pozostałym okiem na spanikowanego syna.
Wokół było pełno krwi.
Wyciągnął rękę by go dotknąć, ale wtedy osunął się na ziemię.
Przerażony chłopiec odsunął się od zakrwawionych zwłok z obrzydzeniem.
Chciało mu się wymiotować.
"Szef" zbliżył się do truchła i machnął na swoich kolegów.
- Obróćcie go.
Szybko wykonali polecenie. Jeden z nich pogrzebał w kieszeni trupa i wyciągnął z niej pokaźnych rozmiarów portfel. Podał go przełożonemu.
- Ten skurwysyn cały czas kłamał - syknął, gdy przejrzał zawartość przedmiotu - No nic, i tak odzyskaliśmy hajs, więc nic tu po nas - wzruszył ramionami. - Szczerze powiedziawszy, narobiliśmy tu trochę bałaganu - mruknął, rozglądając się po pomieszczeniu. - nie chciałem go zabijać, ale jakoś tak wyszło i...
- Szefie?
- Hmm?
Obejrzał się na swojego współpracownika, który wskazywał palcem drzwi. A tam nad swoim martwym ojcem siedział Motoki. Krople łez staczały się z jego twarzy i skapywały na głowę ojca. Dopiero po chwili zorientował się, że jest obserwowany. Spojrzał w oczy szefa, w których zobaczył niemałą ciekawość. Chłopiec czuł, że jeśli zostanie, nie stanie się nic dobrego. Poderwał się gwałtownie z ziemi i wybiegł na korytarz.
- Łapać go! Nie pozwólcie mu uciec! - ryknął szef. Mężczyźni pobiegli za chłopakiem. Ośmiolatek, jak na swój wiek, był całkiem szybki. Ale to i tak nic w porównaniu z dorosłymi facetami, którzy byli kilka razy silniejsi od niego.
Szef wyszedł powoli z pokoju, jakby był na luźnym spacerku w niedzielę. Na korytarzu zastał Motokiego próbującego wyrwać się z żelaznych uścisków dwójki.
- Zo-Zostawcie mnie! Nie zro-zrobiłem wam nic złego! - krzyknął płaczliwym głosem. Szef jedynie pokręcił głową uśmiechając się sztucznie.
- Nie możemy cię tak po prostu zostawić. Za dużo widziałeś. Dlatego musimy coś z tobą zrobić. - zza pasa wyciągnął ponownie przeładowaną broń. Przez chwilę ważył ją w ręku, a potem wycelował w głowę chłopaka.
- Proszę... nie... - a z jego oczu znów poleciały łzy. Trzymający go spojrzeli po sobie, ale nie skomentowali zachowania szefa.
- Nie bierz tego do siebie, młody - poklepał go po głowie. - To nasza praca.
Powiedziawszy to, pociągnął za spust. Już drugi raz tego dnia.
- Nie miałem wyboru, Daisuke. Ten gówniarz był tylko niewygodnym świadkiem. Poza tym pewnie chciałby się na nas w przyszłości zemścić, czy coś, więc od razu temu zapobiegłem, prawda?
Mężczyzna nazwany Daisuke już się nie odezwał. Odwrócił jeszcze głowę, żeby ostatni raz spojrzeć na dom, do którego z pewnością już nie wrócą. Bo nie ma po co.
***
- Kochanie, jestem już!
W przedpokoju rozległ się stukot obcasów, krótki szelest i do salonu weszła Hikaru, matka Motokiego. Około dwie godziny temu do jego męża przyszło trzech facetów ubranych bardzo formalnie. A garnitury nie były zbyt dobrym pomysłem na 40 stopniowy upał.
Partner grzecznie ją poprosił, żeby znalazła sobie zajęcie na te dwie godziny. I choć starał się zachować spokój, kobieta po dwudziestu latach małżeństwa potrafiła rozpoznać jego emocje. A był on strasznie zdenerwowany. Więc posłuchała go i wyszła z koleżankami na zakupy. A teraz nawet nie odbierał telefonu. Może ci faceci coś mu zrobili i...
Kobieto, czy ty musisz zawsze mieć w głowie najgorszą możliwość?! - skarciła się w myślach. - To twój małżonek, do cholery! Powinnaś w niego przynajmniej choć trochę wierzyć!
Pokręciła głową, żeby pozbyć się strasznych myśli nawiedzających jej umysł. Odłożywszy torby w kuchni postanowiła zawołać jeszcze raz. A nuż mężczyzna spał?
- Kazu, już jestem, słyszysz?!
Lecz znów odpowiedziała jej cisza. Zaniepokojona skierowała się w kierunku schodów, lecz w połowie drogi zamarła. Z piętra spływała wielka kałuża krwi.
Hikaru zerwała się i wbiegła na górę. Nie chciała wierzyć, że...
Nie.
To nie musi być prawda.
To nie może być prawda.
To się tak nie może skończyć.
Oni muszą żyć.
To ktoś inny.
To na pewno ktoś inny.
Prawda?
Aż w końcu pewnego dnia do sierocińca przyszła Hikaru. Czerwonowłosy zauważył ją już z okna swojego pokoju. Ale coś było z nią nie tak. Sam do końca nie był pewny co, ale coś na pewno. Pobiegł do holu, gdzie zastał ją i opiekuna ośrodka rozmawiających ze sobą cicho. Wreszcie chłopiec odważył się wyjść z ukrycia. Chrząknął.
- Pani Ishimuro... mógłbym z panią porozmawiać? - starał się brzmieć oficjalnie, ale pod koniec wypowiedzi głos mu zadrżał. Spojrzeli po sobie, aż w końcu mężczyzna pozwolił im wyjść przed budynek.
- Co się dzieje z Motokim? - zapytał już na zewnątrz. - Co się dzieje z panią? Czemu nikt nie odbiera telefonów?! Co... - przerwał, widząc w jakim stanie jest kobieta. Zasłoniła sobie usta ręką. I rozpłakała się. Rozpłakała się jak dziecko. Rinkashi nie wiedząc, co ma robić w takiej chwili robić, po prostu się nie odzywał i dał jej czas na uspokojenie się. W końcu powiedziała łamiącym się głosem:
- Motoki... On... Nie żyje.
Chłopiec pierwszy raz w życiu poczuł, jak na chwilę staje mu serce.
Które po chwili pękło na milion kawałków.
Stracił jedyną osobę, którą... chyba w tamtej chwili zdał sobie sprawę, że go kochał. Po dziecięcemu, ale kochał.
A teraz już go nie ma.
-----------------------------------------------------------
Witam!
Oto kolejny (i pierwszy) rozdział Drugiego wcielenia!
Mam nadzieję, że się spodoba :33
I pamiętajcie: jeżeli nie komentujecie, to na świecie ginie czyjaś wena! :D
Potem wszystko potoczyło się jakby w zwolnionym tempie.
Bezwładne ciało Kazuhiro opadło na kolana, patrząc pozostałym okiem na spanikowanego syna.
Wokół było pełno krwi.
Wyciągnął rękę by go dotknąć, ale wtedy osunął się na ziemię.
Przerażony chłopiec odsunął się od zakrwawionych zwłok z obrzydzeniem.
Chciało mu się wymiotować.
"Szef" zbliżył się do truchła i machnął na swoich kolegów.
- Obróćcie go.
Szybko wykonali polecenie. Jeden z nich pogrzebał w kieszeni trupa i wyciągnął z niej pokaźnych rozmiarów portfel. Podał go przełożonemu.
- Ten skurwysyn cały czas kłamał - syknął, gdy przejrzał zawartość przedmiotu - No nic, i tak odzyskaliśmy hajs, więc nic tu po nas - wzruszył ramionami. - Szczerze powiedziawszy, narobiliśmy tu trochę bałaganu - mruknął, rozglądając się po pomieszczeniu. - nie chciałem go zabijać, ale jakoś tak wyszło i...
- Szefie?
- Hmm?
Obejrzał się na swojego współpracownika, który wskazywał palcem drzwi. A tam nad swoim martwym ojcem siedział Motoki. Krople łez staczały się z jego twarzy i skapywały na głowę ojca. Dopiero po chwili zorientował się, że jest obserwowany. Spojrzał w oczy szefa, w których zobaczył niemałą ciekawość. Chłopiec czuł, że jeśli zostanie, nie stanie się nic dobrego. Poderwał się gwałtownie z ziemi i wybiegł na korytarz.
- Łapać go! Nie pozwólcie mu uciec! - ryknął szef. Mężczyźni pobiegli za chłopakiem. Ośmiolatek, jak na swój wiek, był całkiem szybki. Ale to i tak nic w porównaniu z dorosłymi facetami, którzy byli kilka razy silniejsi od niego.
Szef wyszedł powoli z pokoju, jakby był na luźnym spacerku w niedzielę. Na korytarzu zastał Motokiego próbującego wyrwać się z żelaznych uścisków dwójki.
- Zo-Zostawcie mnie! Nie zro-zrobiłem wam nic złego! - krzyknął płaczliwym głosem. Szef jedynie pokręcił głową uśmiechając się sztucznie.
- Nie możemy cię tak po prostu zostawić. Za dużo widziałeś. Dlatego musimy coś z tobą zrobić. - zza pasa wyciągnął ponownie przeładowaną broń. Przez chwilę ważył ją w ręku, a potem wycelował w głowę chłopaka.
- Proszę... nie... - a z jego oczu znów poleciały łzy. Trzymający go spojrzeli po sobie, ale nie skomentowali zachowania szefa.
- Nie bierz tego do siebie, młody - poklepał go po głowie. - To nasza praca.
Powiedziawszy to, pociągnął za spust. Już drugi raz tego dnia.
***
- Szefie... nie przesadziliśmy? Mogliśmy go zastraszyć, czy coś. Wtedy by się nie wygadał, to było dziecko. A takim sposobem Góra może nie być tym zachwycona.- Nie miałem wyboru, Daisuke. Ten gówniarz był tylko niewygodnym świadkiem. Poza tym pewnie chciałby się na nas w przyszłości zemścić, czy coś, więc od razu temu zapobiegłem, prawda?
Mężczyzna nazwany Daisuke już się nie odezwał. Odwrócił jeszcze głowę, żeby ostatni raz spojrzeć na dom, do którego z pewnością już nie wrócą. Bo nie ma po co.
***
- Kochanie, jestem już!
W przedpokoju rozległ się stukot obcasów, krótki szelest i do salonu weszła Hikaru, matka Motokiego. Około dwie godziny temu do jego męża przyszło trzech facetów ubranych bardzo formalnie. A garnitury nie były zbyt dobrym pomysłem na 40 stopniowy upał.
Partner grzecznie ją poprosił, żeby znalazła sobie zajęcie na te dwie godziny. I choć starał się zachować spokój, kobieta po dwudziestu latach małżeństwa potrafiła rozpoznać jego emocje. A był on strasznie zdenerwowany. Więc posłuchała go i wyszła z koleżankami na zakupy. A teraz nawet nie odbierał telefonu. Może ci faceci coś mu zrobili i...
Kobieto, czy ty musisz zawsze mieć w głowie najgorszą możliwość?! - skarciła się w myślach. - To twój małżonek, do cholery! Powinnaś w niego przynajmniej choć trochę wierzyć!
Pokręciła głową, żeby pozbyć się strasznych myśli nawiedzających jej umysł. Odłożywszy torby w kuchni postanowiła zawołać jeszcze raz. A nuż mężczyzna spał?
- Kazu, już jestem, słyszysz?!
Lecz znów odpowiedziała jej cisza. Zaniepokojona skierowała się w kierunku schodów, lecz w połowie drogi zamarła. Z piętra spływała wielka kałuża krwi.
Hikaru zerwała się i wbiegła na górę. Nie chciała wierzyć, że...
Nie.
To nie musi być prawda.
To nie może być prawda.
To się tak nie może skończyć.
Oni muszą żyć.
To ktoś inny.
To na pewno ktoś inny.
Prawda?
***
Rinkashi nie wiedział, czemu Motokiego nie ma w szkole. Czemu się z nim nie kontaktuje. Nawet jego rodzina nie dawała znaku życia. Nauczyciele kilka razy już pytali się chłopaka, czy może wie co się z nimi dzieje. Na próżno.Aż w końcu pewnego dnia do sierocińca przyszła Hikaru. Czerwonowłosy zauważył ją już z okna swojego pokoju. Ale coś było z nią nie tak. Sam do końca nie był pewny co, ale coś na pewno. Pobiegł do holu, gdzie zastał ją i opiekuna ośrodka rozmawiających ze sobą cicho. Wreszcie chłopiec odważył się wyjść z ukrycia. Chrząknął.
- Pani Ishimuro... mógłbym z panią porozmawiać? - starał się brzmieć oficjalnie, ale pod koniec wypowiedzi głos mu zadrżał. Spojrzeli po sobie, aż w końcu mężczyzna pozwolił im wyjść przed budynek.
- Co się dzieje z Motokim? - zapytał już na zewnątrz. - Co się dzieje z panią? Czemu nikt nie odbiera telefonów?! Co... - przerwał, widząc w jakim stanie jest kobieta. Zasłoniła sobie usta ręką. I rozpłakała się. Rozpłakała się jak dziecko. Rinkashi nie wiedząc, co ma robić w takiej chwili robić, po prostu się nie odzywał i dał jej czas na uspokojenie się. W końcu powiedziała łamiącym się głosem:
- Motoki... On... Nie żyje.
Chłopiec pierwszy raz w życiu poczuł, jak na chwilę staje mu serce.
Które po chwili pękło na milion kawałków.
Stracił jedyną osobę, którą... chyba w tamtej chwili zdał sobie sprawę, że go kochał. Po dziecięcemu, ale kochał.
A teraz już go nie ma.
-----------------------------------------------------------
Witam!
Oto kolejny (i pierwszy) rozdział Drugiego wcielenia!
Mam nadzieję, że się spodoba :33
I pamiętajcie: jeżeli nie komentujecie, to na świecie ginie czyjaś wena! :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)