niedziela, 15 listopada 2015

Przenosiny

Uwaga, uwaga!

Wiem, że nie było mnie dosyć długo, przez parę miesięcy. Piszę tutaj po tej długiej przerwie, ponieważ mam dla Was ważną i dosyć informację, mianowicie - przenoszę się na Wattpada. Trener i Drugie Wcielenie będą tam kontynuowane, jednak zabrałam się za dwa inne opowiadania.
Za wszelkie utrudnienia przepraszam, lecz po prostu uznałam, że Wattpad jest wygodniejszy w obsłudze. Wszystkich chętnych zapraszam tu: <klik>, jest to moje konto, znajdziecie tam prace przeze mnie pisane.
Do usłyszenia!

niedziela, 12 lipca 2015

Uznany za zmarłego - Prolog

Witam! :D
Moi Drodzy, oto przedstawiam wam opowiadanie SasuNaru :3 Słowem wstępu wszystko dzieje się po Wielkiej Czwartej Wojnie Shinobi, Sasek wyjeżdża z wioski i takie tam. Nie dzieje się nic z Naruto Gaiden, więc Sasuke nie ma jeszcze dziecka (a przynajmniej o tym nie wie), jest "wolny" :v. Dlatego zapraszam do komentowania i czytania. c:
(Jeśli nie interesuje Cię opowiadanie z tym paringiem/o takiej tematyce, zjedź na sam dół, bo pod koniec zawarłam parę ważnych informacji)
---------------------------------------------
   - Witaj, Orochimaru.
   Brązowowłosy mężczyzna o jaskrawożółtych oczach w stroju shinobi siedzący przy barze zerknął na chłopaka, który stał przed nim z poważną miną. Kiwnął mu na drzwi wyjściowe, po czym pożegnał się z towarzyszami tłumacząc się późną godziną. Chwilę później byli już na zewnątrz. Szatyn przekręcił głowę mierząc chłopaka wzrokiem, po czym złapał się za nos i jednym ruchem ściągnął sobie twarz, ukazując bladą skórę i fioletowe cienie pod oczami. Spalił powłokę w ręku wymawiając jakieś nieznane słowa, po czym uśmiechnął się.
   - No proszę, proszę. Uchiha Sasuke we własnej osobie. Co cię sprowadza do mojej skromnej osoby? - ukłonił się teatralnie, przykładając prawą rękę do piersi, a lewą wyrzucając w bok. Uchiha prychnął tylko.
   - Nie spytasz się, jak cię odnalazłem? - zapytał takim tonem, jakby oczekiwał od mężczyzny pochwały. 
   - Nie ma takiej potrzeby, i tak byś mi nie powiedział. Nawet jeśli, to uważam, że twoje umiejętności są wielkie i że potrafiłbyś mnie znaleźć. - przyznał. Sasuke uniósł kącik ust w nikłym uśmiechu. - A wracając do tematu, jaki jest powód twojego przybycia tutaj?
   - Musisz coś dla mnie zrobić. - Oznajmił oschle Uchiha. Na jego twarzy malowało się coś na kształt powagi i... prawie niewidocznego uśmiechu.
***
   Otworzyłem gwałtownie oczy oddychając głęboko. Rozejrzałem się wokół siebie, ale Sasuke już zniknął. Tak samo jak Orochimaru i Kabuto. Znów byłem w swoim mieszkaniu, znów mając ten sen. Podniosłem się do siadu i przetarłem ręką zmęczoną twarz. Przez te cholerne wizje - bo sny to na pewno nie były, jestem tego pewien - zawalałem prawie każdą noc bojąc się, że znów będę to śnić i... rozpłaczę się jak małe dziecko. Bo straszliwie mi go brakowało. Brakowało mi jego docinek. Brakowało mi jego oschłości. Brakowało mi jego głosu. Brakowało mi tej pogardy w jego czarnych, głębokich oczach. Brakowało mi go całego.
   Wiedziałem, że i tak już nie zasnę, więc postanowiłem się ubrać i przejść, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Nasunęła mi się myśl, żeby pójść do Ichiraku Ramen, ale przecież o tej godzinie jest zamknięte. Jednak nagle mnie olśniło i puściłem się biegiem. Już po kilku minutach byłem tam, gdzie chciałem dotrzeć. To było bezsensowne i głupie, ale przybyłem do dzielnicy Uchihy. Szczerze mówiąc, sam nie wiedziałem, po co tu przybiegłem. Chyba dlatego, żeby trochę... powspominać. Byłem tu tylko kilka razy w życiu, ale wszystko mi o nim przypominało. Minąłem jego dawny dom. Oczami wyobraźni widziałem, jak kiedyś poprosił mnie o pomoc w przeprowadzce. Proszący Uchiha, to był dopiero widok! Oczywiście pomogłem mu, po drodze się przy okazji z niego naśmiewając. Nie miał zbyt wielu rzeczy osobistych, zaledwie jeden karton. Pamiętam jak narzekał, że nie chce tam mieszkać, bo będzie tam sam. A ja, niewiele myśląc, zaproponowałem mu mieszkanie u siebie. Oczywiście odmówił, ale po chwili ciszy, jakby się wahał. Przypomniałem sobie to wszystko, a potem poczułem, jak w oczach zbierają się łzy.
   Dalsze chodzenie po kompleksie nie miało sensu, bo dla mnie nie było tam już nic wartego obejrzenia. Z rękami w kieszeniach skierowałem się w stronę mojego domu. Tam wskoczyłem na dach i tam postanowiłem przeczekać noc patrząc, jak księżyc zachodzi, a wstaje słońce. Może nie było to zbyt pasjonujące zajęcie, ale nie miałem lepszego pomysłu. Takim sposobem już za kilka godzin zastał mnie dzień.
   Było około siódmej, kiedy oczy zaczęły mi się zamykać, więc wróciłem do łóżka i znów się położyłem. Mogłem tak zrobić od razu, ale nieee, musiałem nostalgicznie wzdychać do księżyca. No jasne. Kołdra powitała mnie z radością i już za chwilę smacznie chrapałem w poduszkę, Wtedy ze snu wyrwało mnie pukanie. Mruknąłem coś niezrozumiałego, po czym odwróciłem się twarzą do ściany. Nagle z moich rąk zniknęła kołdra, a ja zaskoczony podniosłem się. Pierwsze, co zobaczyłem to była para brązowych, ogromnych oczu, wpatrujących się we mnie z zaciekawieniem. Odskoczyłem od niego jak oparzony uderzając się tyłem głowy o ścianę za mną.
   - Auć! Do jasnej cholery, co to miało być, Konohamaru!? - krzyknąłem oburzony, jednak on nic sobie z tego nie robił tylko nadal głupkowato się uśmiechał.
   - Tak słodko spałeś, że nie miałem serca cię nie obudzić! - chłopak poklepał mnie po głowie, a ja odepchnąłem jego rękę. Pozwalał sobie na zdecydowanie za dużo, gnojek jeden.
   - Co ty tu tak w ogóle robisz, co? I skąd masz klucze? - zapytałem już spokojniejszym tonem. W jednej chwili na jego twarzy zapanowała powaga, jaką rzadko kiedy u niego widziałem.
   - Szósty cię wzywa, Braciszku Naruto. To coś związanego z Sasuke. - rzekł, po czym najzwyczajniej w świecie zniknął w kłębach dymu. Nawet nie byłem zainteresowany, kiedy nauczył się takiej sztuczki. Siedziałem tam jedynie wpatrzony w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał brązowowłosy w potężnym szoku. Jak to... Sasuke? On odszedł. To niemożliwe.
   Zerwałem się z miejsca i pobiegłem po jakieś ubrania. Dobrze, że noszę dres, bo za kilka minut biegłem gotowy w stronę siedziby Hokage. W Wiosce panowało jakieś dziwne poruszenie. Wszyscy szeptali sobie coś do uszu, najwyraźniej coś musiało się stać. Ale po co Kakashiemu moja interwencja, skoro w wypadku ataku na wioskę mogła wezwać Neji'ego. Po pierwsze był Jouninem, po drugie był o wiele bardziej zdyscyplinowany niż ja. Ale nie warto kłócić się z jego decyzją. Był bardzo nieustępliwy. Tak swoją drogą, to Sakura też taka była.
   Zapytacie, czemu o niej wspomniałem. Zobaczyłem ją, gdy była cała zapłakana i szła w przeciwnym kierunku niż do mojego. Odezwała się we mnie pewnego rodzaju troska i przystanąłem na chwilę zapytać, co się stało, czemu płacze. Równie dobrze mogła się rozryczeć z byle powodu, kiedyś tak było. Teraz się zmieniła. Niby ją kochałem, trochę tego uczucia nadal we mnie jest, ale dziś traktowałem Sakurę jak siostrę. Nic więcej.
    Gdy mnie zobaczyła, rozbeczała się jeszcze bardziej. Podszedłem do niej i przytuliłem ją, a ona zaczęła mi moczyć kołnierz. Poklepałem ją pokrzepiająco po plecach, ale to nic nie dało.
   - S-sakura, co się stało? - zapytałem z troską w głosie. W obliczu babskich łez byłem bezsilny, dlatego spanikowałem lekko, gdy ta rozbeczała się jeszcze bardziej. Z trudem spojrzała mi w oczy, gdzie kryło się zdziwienie i niezrozumienie, po czym odepchnęła mnie z ogromną siłą i uciekła. Stałem tam zdezorientowany, a paru ludzi przystanęło, żeby obejrzeć tą scenkę. Posłałem im nienawistne spojrzenie, a ci szybko się wycofali.
  Do dojścia do Hokage mój umysł zatruwała różowowłosa i jej dziwne zachowanie. Skoro szła w przeciwnym kierunku niż mój, to musiała wracać od Kakashiego. A skoro on wezwał mnie w sprawie Sasuke, to...
   Puściłem się sprintem, nie zważając na obelgi rzucane w moim kierunku przez potrąconych przeze mnie ludzi. Jeśli moja "dedukcja" okazała się słuszna, to albo Sasuke znów przeszedł na złą stronę mocy, albo coś mu się stało. Obstawiam to pierwsze, bo nikt nigdy nie wiedział, co draniowi kryje się pod tą jego czarną czupryną.
   Już miałem zapukać do jej biura, kiedy jacyś dwaj shinobi odepchnęli mnie lekko na bok, a sami weszli do pokoju. Normalnie bym tam wszedł nie zważając na innych, ale dzisiaj wolałem być grzecznym. Bo co, gdy Szósty przez moje głupie zachowanie karze mi iść do domu i nic mi nie powie o Sasuke?
   Kiedy moja cierpliwość już prawie się skończyła, tamci dwaj nareszcie wyszli. Przeprosili mnie za tamto popchnięcie i zapewnili, że to się nigdy nie powtórzy, po czym zniknęli, a ja nareszcie miałem okazję wejść do biura.
   Przestraszyłem się wyrazu twarzy Kakashiego. Było to połączenie smutku, powagi, troski i współczucia. Dopiero potem zwróciłem uwagę na nieduży stół, nakryty płachtą. Jedyne, co z pod tej płachty wystawało, były... czarne włosy. Odrzucałem od siebie tę myśl, ale ona nadal wracała. Ja... nie chciałem w to wierzyć.
   - Naruto... - Kakashi zaczął z politowaniem. Pokręciłem tylko głową.
   - Sensei, powiedz mi po prostu o co chodzi.
   Mężczyzna wstał, obszedł biurko i stanął przy metalowym stole. Jednym ruchem ściągnął płachtę.
   Moje serce pękło na milion kawałków. Nie mogłem oddychać.
   - T-to jest jakiś żart, prawda? Jest bardzo śmieszny, ale nie mam teraz ochoty na żarty - jak na potwierdzenie moich słów zaśmiałem się histerycznie.
   - Bardzo mi przykro, Naruto, ale to nie jest żart. Sasuke nie żyje.
-----------------------------------------
Tak, wiem, to nie Trener, ani tym bardziej Drugie Wcielenie, ale już się tłumaczę. Otóż zaczęłam pisać następne rozdziały obu opowiadań, ale ich nie skończyłam. Trochę potrzymam was w niepewności czy Naoki pocałuje Yosuke, czy nie. Ale nie o tym mowa. No więc to opowiadanie ma już dwa rozdziały, które trzeba tylko dodać. Poza tym razem z pewną osobą pracujemy nad rpg, które mamy zamiar wrzucić na bloga, oczywiście kiedy skończymy, a to trochę potrwa. Wracając do tematu, dostajecie opowiadanie SasuNaru, zamiast tamtych. Aktualnie jestem też na obozie, więc będę miała mniej czasu ba pisanie bloga czy wrzucanie rozdziałów, bo o internet tu trudno. Dlatego zrobię sobie małą przerwę, a wracam za miesiąc. Oczywiście w miarę możliwości spróbuję coś dodać, ale nie obiecuję. Tak więc na koniec życzę wam jeszcze udanych wakacji! ^^

piątek, 26 czerwca 2015

Trener - Rozdział XVI

   Jestem głupi. Jestem bardzo, kurwa, głupi.
   Będąc pod domem Yosuke zorientowałem się, że on poszedł do szkoły, a ja nie, bo jestem pierdolonym leniem i sobie odpuściłem. No to teraz będę płacić za swoją głupotę i poczekam na niego jakieś... Tak. Cztery godziny. Beznadzieja. No, ale czego nie robi się dla przyjaciół, prawda?
***
   - N-Naoki? Co ty tu robisz?
   Te cztery godziny wcześniej, kiedy blondyna nie było, nie chciałem wracać od razu do domu. Wtedy musiałbym skonfrontować się z Shiro, który najprawdopodobniej oczekiwałby wyjaśnień dlaczego go tam zostawiłem. Teraz pewnie się o mnie martwił, ale równie dobrze mógł pójść do swojego domu... Który swoją drogą jest obok, więc jednak został u mnie. Może chciał mi dać sobie to wszystko przemyśleć. Bo wątpię, że wiedział, o co dokładnie mi w tamtej chwili chodziło.
   Dlatego usiadłem sobie pod ścianą i czekałem, aż blondyn wróci. A teraz nad sobą widziałem zaskoczoną i lekko przerażoną twarz blondyna. Pewnie bał się, że przyszedłem do niego tylko po to, by powiedzieć mu, że nie chcę go więcej widzieć. Ale równoznaczne z taką odpowiedzią byłoby unikanie go.
   - W-Wejdź, proszę. - chłopak podał mi rękę, a ja skorzystałem i wstałem. Czułem, jak dłonie mu się trzęsą. Naprawdę się denerwował, ale mogę zrozumieć, dlaczego. Aczkolwiek nie miałem miny, jakbym miał go zabić. Chyba. - Chcesz herbaty czy coś?
   Pokiwałem głową. Zaprowadził mnie do salonu, a sam poszedł do kuchni. Czekałem jakieś dziesięć minut, aż w końcu chłopak podszedł do mnie i podał kubek. Między nami panowała bardzo napięta atmosfera. On uporczywie unikał patrzenia mi w oczy.
   - Yosuke... - zacząłem, ale blondyn mi przerwał.
   - Po prostu zrób to szybko. - potrząsnął głową i zamknął oczy.
   - C-co? - zapytałem zdezorientowany. Czyli... naprawdę myślał, że chcę urwać z nim kontakt?
   - Bo ty... nie chcesz mnie już znać, prawda? - głos mu zadrżał, słyszałem w nim lekką panikę.
   - Nie... Skąd ci to w ogóle do głowy przyszło?
   - Po prostu ja się bałem, że ty mnie odrzucisz i... - zaszlochał. Rzeczywiście to przeżywał. A ja, odruchowo, chciałem go przytulić. Rany, teraz każdego chcę przytulać.
   - Hej, to nie tak. Nie dałeś mi wtedy nawet czasu na odpowiedź, tylko wybiegłeś! Chciałem cię zatrzymać, ale...
   - Ale...? - uniósł brwi. Rany, ten też oczekuje odpowiedzi, chociaż to ja powinienem je dostać. No ale cóż, niech będzie.
   - Ale byłem zbyt zszokowany, żeby nawet zareagować! - wykrzyknąłem. - Wiesz, nie na co dzień dowiadujesz się, że twój najlepszy przyjaciel cię kocha! Dlaczego to zrobiłeś? - ostatnie zdanie wyszeptałem.
   - Wytłumaczyłem ci to wtedy. Nie miałem zamiaru siedzieć i czekać, aż ty i Shiro wyznacie sobie miłość! Wyobraź sobie, jak to musiało wyglądać. Widzisz typa na basenie, dwa dni później gracie w jakieś różne dziwne miłosne podchody, teraz siedzi u ciebie w domu i...
   - Skąd wiesz, że siedzi u mnie w domu? - przerwałem mu.
   - Mam swoje sposoby - warknął. - Jak miałem nie zareagować! Gdyby jeszcze cię skrzywdził... Znam go dłużej niż ty i wiedz, że on robi jakieś szemrane interesy. Nie ufam mu. - urwał, po czym spojrzał na mnie z bólem w oczach. - Ja po prostu się o ciebie martwię, Naoki...
   Nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem co mam mu teraz powiedzieć, chociaż miałem na przemyślenie tego cztery godziny i trochę. Brawo, Naoki.
   - Więc... Co teraz z tym zrobimy? - zapytał niepewnie po kilku minutach ciszy. - Nie oczekuję od ciebie, żebyś mnie od razu pokochał, ale... - powiedział to, naciskając na słowa od razu. Wystraszyłem się. Tak jakby chciał mnie zmusić do... Nie, nie zrobi tego.
   - Yosuke, proszę, dopiero poukładałem sobie uczucia. Nie chcę znów mieć jakichkolwiek przeszkód w życiu. - pokręciłem głową.
   - Moja miłość do ciebie nie jest żadną przeszkodą. To po prostu... urozmaicenie.
   - Ładnie powiedziane, ale to tak nie działa. Nie można kochać w ten sposób dwóch osób.
   - Można.
   - A ty niby skąd wiesz?
   - Nieważne. Po prostu wiem, że tak się da.
   - Yosuke. Ja cię kocham. - jęknąłem. - Ale jak brata. I nic więcej.
   - Czyli co? Zostajemy przyjaciółmi? - uśmiechnął się zrezygnowany.
   - Na to wychodzi. Przykro mi.
   - Nie, spoko. To mi starczy.
   Bałem się, że powie jeszcze na razie. Tego bym nie zniósł.
   Resztę mojego pobytu tam spędziliśmy na zwykłym gadaniu. Yosuke zmusił mnie, żebym wziął od niego notatki z dzisiejszych lekcji. Chcąc nie chcąc musiałem. Jego dar przekonywania jest przydatny, ale tylko w momentach, kiedy nie używa tego na tobie. Wtedy jest wkurwiające. Wiesz, że możesz się postawić, ale tego nie chcesz. Ech, jak żyć.
   Po kilku godzinach, z reklamówką wypełnioną różnymi papierami, postanowiłem pójść do domu. Miałem nadzieję, że Shiro już sobie poszedł, ale mieszkał obok blondyna. Więc może lepiej, żeby u mnie został. Ale wtedy będzie chciał wyjaśnień. I co ja mu powiem, że "Wyszedłem, zostawiając cię samego tylko po to, żeby pogodzić się z Yosuke"? Chociaż, to brzmi logicznie. Nieważne.
   Miałem już otwierać drzwi, kiedy Yosuke złapał mnie za rękę. Odwróciłem się do niego zdziwiony.
   - Co jest?
   - Pocałuj mnie. - powiedział hardo.
   Zatkało mnie.
   - S-słucham!?
   - Pocałuj mnie - powtórzył. - Udowodnij mi, że chcesz być moim przyjacielem. Przez pocałunek. - zbliżył się na niebezpieczną odległość, a ja przełknąłem ślinę. Miałem coraz mniej czasu na podjęcie decyzji, zbliżał się coraz bardziej. Blondyn jest dla mnie jak brat, nikt więcej. Dobrze o tym wie, więc czemu prosi o takie rzeczy?! Ale jeśli tego nie zrobię, tym razem to on może się ode mnie odwrócić. A nie chciałem go stracić.
   Co ja mam, kurwa, teraz zrobić?

wtorek, 16 czerwca 2015

Trener - Rozdział XV

   Wyszliśmy razem z wanny. Chłopak chciał mnie wytrzeć, a na twarzy miał uśmiech iście pedofilski. Zaśmiałem się z niego wytykając palcem, a ten warknął i rzucił się na mnie z ręcznikiem. Pisnąłem jak mała dziewczynka i bezmyślnie rzuciłem się do ucieczki, jednak - jak już wcześniej wspominałem - szatyn był kurewsko szybki. Złapał mnie w pasie i pociągnął mnie za sobą na łóżko.
   Odniosłem dziwne i bardzo prawdopodobne wrażenie, że zachowujemy się jak para nowożeńców. Niektórych mogłoby to przyprawić o cukrzycę, ale... mi to pasowało. Podobała mi się ta chwilowa sielanka w naszych życiach. Chwilowa, bo... bo będę musiał rozwiązać sprawę z Yosuke.
   Nie wiem nawet, czy wpuści mnie do swojego domu. Czy w ogóle go tam zastanę. Co, jeśli blondyn nie chce mnie widzieć? Co, jeśli odwidziało mu się coś i teraz mnie nienawidzi? Nie, to do niego nie pasuje, tak zmieniać zdanie. Ale ostatnio zachowywał się coraz dziwniej...  I boję się, że kombinuje coś, co może nie wyjść mu na zdrowie. Martwię się o niego. W końcu to mój przyjaciel... chyba. Bo dopiero teraz dowiaduję się o tym, że mnie kocha, a znam go dobre paręnaście lat. Więc można powiedzieć, że coś przede mną ukrywa. I teraz pozostaje pytanie -  co? I tak właściwie - czemu? Chociaż to dwa pytania. Cholera, jestem coraz głupszy.
   Shiro cały czas trzymał mnie za biodra, nie pozwalając się wydostać. Na chwilę się wyłączyłem, ale kiedy musnął palcami mój czuły punkt, zadrżałem i wyrwałem się z jego objęć. I stojąc tak na środku sypialni zdałem sobie sprawę, że obaj jesteśmy nadzy. Całkowicie. Powoli obróciłem głowę w kierunku chłopaka, a ten leżał w wyzywającej pozie, na twarzy mając łobuzerski uśmiech. Zlustrowałem jego idealny tors, wyrzeźbione łydki i uda omijając jedno kluczowe miejsce, aż zerknąłem mu w oczy, w których czaiła się niemała ciekawość, a ja oczywiście zrobiłem się czerwony jak burak. Usłyszałem jeszcze, jak szatyn parsknął śmiechem i czym prędzej pobiegłem po coś do ubrania, by nie świecić gołym tyłkiem na cały dom. Chociaż... to mój dom. I mogę robić w nim co tylko zechcę. Nawet ruchać się z facetami.
***
   - Chcesz coś do jedzenia? - zapytałem szatyna, idąc do kuchni.
   - Hmm... Naleśniiki! - wykrzyknął wesoło. Jak dziecko. 
   - Naleśniki, mówisz? Nie umiem - rzuciłem i zajrzałem do lodówki. Mogłem usłyszeć, jak wciąga powietrze do płuc.
   - Jak to nie potrafisz robić naleśników?! - oburzył się. - Co z ciebie, kurde, za żona!
   Zatkało mnie. Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć.
   - Skoro jestem żoną, to ty jesteś mężem. - stwierdziłem. - Więc wyręcz swoją żonkę, bo żonka jest zmęczona - uśmiechnąłem się złośliwie, a on zrobił to samo.
   - Moja żona nie może być zmęczona. Poza tym, miejsce kobiety jest w kuchni, więc won do garów! - zawył i wyrzucił rękę w powietrze. 
   - To było niemiłe. - jęknąłem teatralnie, układając usta w podkówkę.
   - No wiesz, to tylko szczera prawda. Bo to ty jesteś kobietą w tym związku. - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
   - że co proszę?! A niby z jakiego powodu?!
   - Ech, czy ty nigdy nie czytałeś gejowskich mang? - westchnął, a ja przekręciłem lekko głowę i zmarszczyłem brwi. - No bo tam jest uke i seme, tak? No więc seme to osoba, która wkłada, a uke jest... uke. Czyli poddaje się woli seme. Rozumiesz?
   - Rozumiem, kurwa! Ale ja nie jestem uke! To, że włożyłeś mi jeden raz, nie znaczy, że sobie tego nie odbiję! - warknąłem.
   - A masz zamiar to sobie odbić? - uśmiechnął się przebiegle, będąc coraz bliżej mnie. 
   - A żebyś wiedział. I wtedy nie będziesz mógł nawet się wysrać.
   Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem, po czym Shiro wybuchnął śmiechem i zgiął się w pół, trzymając bolący brzuch. Machnąłem na niego ręką i zajrzałem do lodówki. I aż mnie oślepiło. W środku bowiem było wszystko, od arbuzów, przez szpinaki, po mrożone lasagne w zamrażarce. A samo urządzenie nie było nawet 1/3 szafy w mojej sypialni. Magia, kurwa.
   - Naoki! - zawołał szatyn po kilku minutach. Leżał na kanapie, leniwie przerzucając kanały w telewizorze.
   - Czego? Zajęty jestem - warknąłem, próbując odkleić czarnego naleśnika od patelni. Naprawę jestem aż tak marnym kucharzem?
   - Co ty na to, żebym kupił ci zegarek?
   - Słucham? Po chuj mi zegarek?
   - No... żeby godzinę sprawdzać? Czy to nie oczywiste? - zapytał zjadliwie.
   - Nie o to mi, kurde, chodzi. Czemu wpadłeś na ten idiotyczny pomysł?
   - No bo w telewizji jest, że jak teraz zamówię zegarek, to drugi dostanę gratis! Więc obaj na tym skorzystamy.
   No po prostu, kurwa, idiota.
   - Ale... ty serio tak uważasz? - spytałem, zagryzając wargę i starając się nie śmiać.
   - No a czemu nie?
   I wtedy zorientowałem się, o czym mówi. O zegarku. O jebanym zegarku.
   Zerwałem się z miejsca i wbiegłem po schodach kierując się do sypialni. Szatyn obejrzał się tylko w moją stronę, patrząc ze zdziwieniem. W pokoju uklęknąłem przy szafkach, wyrzucając z nich wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Ten pieprzony... On musi gdzieś tu być... Kurwa. Skoro nie ma go tu, to gdzie? Bo zgubić nie mogłem....
   W moich oczach zaczęły zbierać się łzy. Sam nie wiem czemu. Może dlatego, że to było coś, co mogło mi przypomnieć blondyna, gdy ten mnie znienawidzi? Bardzo prawdopodobne. Nagle ciepłe ramiona objęły mnie w pasie, a na szyi poczułem gorący oddech. Odetchnąłem głęboko i wciągnąłem w nozdrza zapach szatyna. Pachniał bzem i agrestem. Ciekawe połączenie. Cierpkość agrestu i słodycz bzu idealnie do niego pasowała.
   Jednak nagle, bez udziału mojej woli wstałem i wyszedłem z domu, zostawiając zdezorientowanego Shiro samego.
   A już za chwilę byłem pod domem Yosuke.

piątek, 12 czerwca 2015

Drugie Wcielenie - Rozdział V

  Witam.
   Ten rozdział jest po to, żebyście mieli co robić w piątek, Wy no-life'y.
   A teraz czytajo.
   A, no i wbiło mi 2000 wyświetleń. Jestem z siebie Was dumna, dziękuję za to, że jeszcze to czytacie i nie zniechęciła Was moja i tak nikła umiejętność składnego pisania.
-----------------------------------------
   - Bo widzisz... Ja i ty, to znaczy ja i Motoki, poznaliśmy się jeszcze w przedszkolu. Nie pamiętam tego dokładnie, ale two... Motokiego mama opowiadała mi, że nasze spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych. Przejechał mi nożyczkami po nodze, do krwi, i teraz mam bliznę. - przerwał, podwinął nogawkę spodni i oczom Seiryo ukazała się pokaźnej długości i wielkości szrama. - Z tamtego momentu pamiętam tylko ogromny ból, a potem chyba zemdlałem. W szpitalu, gdy zaszyli mi ranę, Motoki był przy moim łóżku razem ze swoimi rodzicami i przepraszał mnie. Oczywiście nie zrobił tego z własnej woli, tylko mama mu kazała. Po tym wszystkim dokuczaliśmy sobie jak nigdy. Nie było już tak źle, ale w ogóle nie wiedziałem, co mógł do mnie mieć. Dopiero potem okazało się, że robił to wszystko, bo miałem czerwone włosy, ogarniesz? Że jest zazdrosny, że on też chciałby takie mieć i tak dalej. - zaśmiał się na te wspomnienia. Brunet obserwował go z niemałym zaciekawieniem, bo chłopak opowiadał o Motokim tak, jakby był jego całym życiem. - Wtedy, gdy poznałem powód, dla którego mnie nie lubi, spróbowałem się z nim zaprzyjaźnić. Co z tego, że rozorał mi nogę, ale staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Poszliśmy razem do podstawówki, aż w drugiej klasie on... on... - w jego oczach zebrały się łzy, a brunet odruchowo go przytulił. To słowo nie potrafiło mu przejść przez gardło. - Zabili go. Tylko to wiem. Tylko to powiedziała mi jego matka. Jego ojca też. Z tego co wiem, mieli zabić tylko jego ojca. A Motoki im się tak.. nawinął na celownik - zaśmiał się histerycznie, a potem zaczął płakać. Seiryo spanikował, bo nawet nie wiedział, jak ma go pocieszyć. Głaskał go nerwowo po głowie, powtarzając typowe słowa w takiej sytuacji, czyli "Wszystko będzie dobrze" i "Nie martw się".
   - Hej, Rin, teraz masz mnie. Wyglądam jak on, prawda? -  palnął nagle, a czerwonowłosy zaniósł się szlochem. To chyba nie był najlepszy pomysł, tylko pogorszyłem sprawę. Brawo, panie-który-nie-umie-pocieszać. Jesteś genialny - przemknęło mu przez myśl. Nagle chłopak przestał płakać i uśmiechnął się promiennie do bruneta. Który swoją drogą był nieźle zdziwiony jego wahaniami nastroju.
   - Ale, tak szczerze mówiąc, to masz rację. Teraz mam ciebie - przyznał. Seiryo ulżyło, że już jest spokojny, ale jednocześnie wiedział, że Rinkashi robi to tylko dlatego, że brunet wygląda jak tamten chłopak. - Zostań ze mną na noc, dobrze? - poprosił.
   - Ech... Daj mi pięć minut. - westchnął, po czym ściągnął chłopaka ze swoich kolan i posadził go na kanapie. Czerwonowłosy wyszczerzył zęby w uśmiechu. Seiryo wyciągnął telefon z tylnej kieszeni i zadzwonił do swojej matki.
   Po kilku sygnałach kobieta odebrała. Zaraz po tym wrzasnęła tak, że brunet musiał odstawić głośnik od ucha, a Rinkashi zachichotał.
   - T-tak, przepraszam, mamo. Słuchaj, czy mógłbym zostać u znajomego na noc? Nie, nie znasz go. Ale ja go znam i zaręczam, że jest godny zaufania. Czemu go nie poznałaś? Bo... jakoś okazji nie było. Tak, kiedyś pewnie go poznasz. To znaczy na pewno. Em... Jutro rano podskoczę po książki do domu. Nie martw się, poradzę sobie. Tak, tak na pewno. Nie, nie musisz. Dobrze, mamo. Dobrze, do jutra. Tak, pamiętam. Dobrze, dobrze. Pa. - rozłączył się i odetchnął z ulgą, po czym rzucił się na kanapę. - Uch... kompletna masakra. - znów posadził sobie Rinkashiego na kolanach, a chłopak zmieszany jego bezpośredniością zrobił się czerwony jak burak. Brunet zaśmiał się i dał mu całusa w czoło, a policzki chłopaka zrobiły się jeszcze bardziej szkarłatne.
   - Nie rozumiem, czemu tak zmienia ci się usposobienie - zaśmiał się Seiryo. A potem dodał: - Kocham cię. - po prostu poczuł taką potrzebę. Czerwonowłosy wtulił się w jego koszulkę, a brunet zobaczył jego uszy, które zrobiły się jeszcze bardziej czerwone.
   - Gdzie masz łóżko? - zapytał, szepcząc mu do ucha. Otworzył szerzej oczy, a za chwilę je zacisnął.
   - K-korytarzem, drzwi po prawej. - odszepnął. Brunet złapał go za pośladki i wstał, idąc do pokoju. - C-co ty robisz?! - odruchowo objął go za szyję, a za chwilę poczuł szarpnięcie.
   - Trochę małe, ale pomieścimy się - mruknął i rzucił chłopaka na łóżko. Ten spanikował lekko nie wiedząc, jakie zamiary ma Seiryo, ale on tylko położył się obok czerwonowłosego. - Nie trząś się tak, przecież nic ci nie zrobię - zaśmiał się cicho.
   - D-dobrze. - potaknął głową i zamknął oczy. Pierwszy raz od wielu lat czuł takie... ciepło. Ciepło, które pozwalało mu się zrelaksować. A gdy ręka bruneta zaczęła głaskać go po głowie, Rinkashi zamruczał i przylgnął bardziej do gorącego ciała za nim. Teraz wstyd już odszedł, a na jego miejscu pojawiło się to uczucie. Znał je, przypominał je sobie, ale było jakby zamglone i takie niedostępne. Dlatego postanowił sobie przypomnieć.
   Seiryo miał ten sam dylemat. Nie znał nazwy dla tego, co czuł, ale to jeszcze nie była miłość, ale też nie przyjaźń. To po prostu było coś więcej. Lecz zdecydował zamienić to w miłość i walczyć o Rinkashiego. Bo wiedział, że nie pozwoli mu tak łatwo i szybko odejść.

wtorek, 2 czerwca 2015

Trener - Rozdział XIV

   Gdy się obudziłem, jego już nie było. Nie potrafiłem nawet wstać z łóżka czy po prostu usiąść - to drugie dlatego, że dupa bolała mnie niemiłosiernie. Nie zostawił nawet jebanej karteczki na poduszce. Żadnego znaku, że tu był. Po prostu, kurwa, nic.
   Przesadzam, wiem. Spotkam się z nim w szkole. Na treningu, na który dzisiaj przyjdzie. Mógłbym też pójść do Yosuke, żeby pod tym pretekstem go odwiedzić. Ale nie, nie zrobiłbym czegoś takiego. To by było totalne skurwysyństwo. A ja podobno skurwysynem nie jestem. 
   Leżałem na brzuchu, mając twarz w poduszce. Chciało mi się płakać, więc pomyślałem, że mam na to okazję. Byłem już temu bardzo bliski, kiedy nagle drzwi powoli zaczęły się otwierać, a we mnie zatliła się iskierka nadziei. Do pokoju wszedł Shiro, a ja odetchnąłem z ulgą, w sercu krzycząc z radości. Jednak mnie nie zostawił. Szczerze mówiąc, wczoraj przygotowywałem się na to, że rano mnie opuści i zostanę sam. Wtedy też wyolbrzymiałem. Ale on został. I to mnie najbardziej cieszyło.
   Chłopak miał na sobie spodnie, był bez koszulki, na na szyi miał zawieszony ręcznik. Jego włosy były rozpuszczone i lekko wilgotne. Gdy zobaczył, że mam otwarte oczy uśmiechnął się.
   - Wstałeś już? - podszedł i usiadł na skraju łóżka. Ręką poczochrał moje włosy.
   - Jak widać - burknąłem. Obróciłem się na plecy i spróbowałem usiąść, ale tą czynność uniemożliwił mi ostry ból w dolnych partiach ciała. Skrzywiłem się i dałem za wygraną. Pewnie siedzieć nie będę mógł przez co najmniej tydzień.
   Widząc moje zmagania Shiro chyba zlitował się nade mną, bo bez słowa wziął mnie na ręce.
   - C-co ty robisz?! - zawołałem zdezorientowany, odruchowo łapiąc się jego szyi.
   - Nie widać? Idziemy do łazienki. - odpowiedział hardo.
   - Ale po co? 
   - Trzeba cię umyć. - szepnął. Nagle zdałem sobie sprawę, że jego sperma i zaschnięta krew nadal we mnie była. Na moich policzkach pojawił się rumieniec gdy domyśliłem się, jak ma zamiar ją stamtąd wydostać.
   Wanna była już napełniona po brzegi, a przez pianę w ogóle nie było widać wody. Musiał to wszystko przygotować wcześniej, postarał się chłopak. Postawił mnie na posadzce, a sam zaczął ściągać spodnie i bokserki. Wskoczył do wody, po czym wygodnie się usadawiając wystawił rękę.
   - Wskakuj. - powiedział tylko, a ja ująłem jego dłoń i za chwilę siedziałem oparty plecami o jego tors. To było takie przyjemne uczucie. Jakbyśmy liczyli się tylko my, tylko tamta chwila. Mógłbym mieć takie kąpiele codziennie, jeśli tylko byłyby one z Shiro. Jego klatka piersiowa była bardzo miękka i przyjemna w dotyku, czego szczerze mówiąc, się nie spodziewałem. Myślałem raczej, że będzie twarda ze względu na mięśnie. Ciało szatyna było też delikatnie opalone, co nie kontrastowało z jego brązowymi włosami. Nie to co ja, z tą chorobliwie bladą skórą i czarnymi włosami. I nie, nie mam kompleksów.
    - Gotowy? - jego pytanie wyrwało mnie z zamyślenia. 
   - T-tak. - zacisnąłem powieki, gdy chłopak włożył we mnie palec i zaczął poruszać. Co najdziwniejsze, tym razem nie bolało tak bardzo. Co prawda miałem tam coś naderwanego, ale było tak źle. Spodziewałem się czegoś... innego. 
   - Wszystko w porządku? - zapytał z troską w głosie, a ja pokiwałem głową. Sprawiało mi to przyjemność, jakiej nie czułem wczoraj. A to były tylko palce. Zerknąłem na wodę, która między moimi nogami zabarwiła się lekko na czerwono. Aż poczułem, jak coś twardego uwiera mnie w plecy. Cholera jasna!
   - Shiro?
   - T-tak? - zapytał niepewnie. Chyba już wiedział, o co mi chodzi.
   - Czy właśnie ci stanął?
   - J-ja nie... Bo ty... Przepraszam. - mruknął tylko. A więc powstrzymywał się, chociaż mogłem to wywnioskować po jego wczorajszym zachowaniu. Zaśmiałem się.
   - T-to nie jest śmieszne, Naoki - mruknął.
   - Nie musisz przepraszać. Ale sam się tym zajmiesz, bo ja nie mam na nic siły i mnie dupa boli. - poskarżyłem się.
   - Hej, nie miej do mnie pretensji, to ty chciałeś, żebym cię wypieprzył. Poza tym pamiętasz, że nadal mamy iść do szkoły?
   - Nie niszcz takiej chwili, kurde. - mruknąłem i pogrążyliśmy się w ciszy. Szatyn smyrał mnie po ramionach, co było bardzo przyjemnym uczuciem
 Nagle do mojej głowy przyszła myśl, która nurtowała mnie od dłuższego czasu, a kompletnie o niej zapomniałem.
   - Shiro?
   - Hmm?
   - Czemu nazywasz się Mitsuo? 
   - Że co proszę?
   - No czemu podałeś moim rodzicom, że nazywasz się Kobayashi Mitsuo, skoro mi powiedziałeś, że nazywasz się Watanabe Shiro?
   - Nie przypominam sobie, żebym mówił ci coś takiego - stwierdził. No tak. To Yosuke mi o tym powiedział. Na basenie. I na imprezie. Teraz te wspomnienia wydają się takie odległe, jakby to wydarzyło się wieki temu, a tak naprawdę minęły trzy dni.
   - Nie zmieniaj tematu. Wytłumaczysz mi to? 
   - To... długa historia...
   - Mamy dużo czasu. - zauważyłem. Prawie usłyszałem jego jęk bezradności, po czym zaczął:
   - Po prostu... tak było bezpieczniej.
   - To tyle? Żadnej historii rodem ze szpiegowskich filmów? Nah, myślałem, że jesteś super tajnym agentem do zadań specjalnych, a tu dupa. To chociaż jakaś dramatyczna historia? Nic? - zapytałem z nadzieją. 
   - Nic. Przykro mi, że niszczę twoje dziecięce marzenia o gorącym romansie ze szpiegiem. Ale wtedy chyba jeszcze nie wiedziałeś, że jesteś gejem. - rzekł, powstrzymując się od śmiechu. Przewróciłem oczami.
   - Dobra, nie było tematu. Poleżmy tutaj jeszcze chwilę, jest tak przyjemnie. 
   - Okej.
   I znów pogrążyliśmy się w ciszy, którą przerywał tylko świergot ptaków za oknem. Dopiero w tamtej chwili zauważyłem, że tam jest w ogóle okno - wczoraj moje myśli były zajęte... czymś innym. Dzięki niemu w pomieszczeniu było bardzo jasno. Na dodatek łazienka wychodziła na wschód, więc codziennie mogłem mieć takie nieziemskie widoki. Bo to wyglądało naprawdę przepięknie.
   Nagle uderzyła mnie pewna myśl. Jak teraz będziemy się zachowywać? Parą nie jesteśmy, a przynajmniej tak mi się zdaje. Znowuż przyjaciółmi tym bardziej już nie będziemy. Jak mam to odbierać? Shiro nie powiedział mi jeszcze, że mnie kocha, więc nie mogę mieć pewności, że mnie nie zostawi, lecz jego dzisiejsza troska o mnie chyba mówi sama za siebie. Co nie zmienia faktu, że mógł tylko udawać, żeby mnie zaliczyć. Co jest oczywiście mało prawdopodobne, ale wszystko się może zdarzyć. Cóż, jeśli na serio ma mnie zostawić, to mam tylko nadzieję, że nie zrobi tego zbyt szybko. Bo naprawdę jest mi z nim dobrze.
   - Naoki... - szepnął mi do ucha, aż się wzdrygnąłem. Jego głos sprawiał, że mam dreszcze. - Możemy już wyjść? Jestem trochę głodny... - jego wargi powędrowały na moją szyję, a rękami jeździł po torsie. 
   - J-jasne, przygotuję nam coś. - podniosłem się na rękach, kiedy on przyciągnął mnie do siebie. 
   - Chodziło mi bardziej o ciebie... - no i już zrozumiałem. On jest niemożliwy. I znów ma chcicę. Nie lubię, jak ma chcicę. Taa, mogłem to powiedzieć wczoraj... nieważne. 
   - Shiro, mówiłem już, że dupa mnie boli, musisz sam się sobą zająć. - burknąłem. On odwrócił mnie tak, że teraz siedziałem twarzą do niego. Podniecił się, wkładając we mnie palce. Pięknie.
   - Jesteś okrutny - jęknął, a w oczach miał błaganie. - To chociaż ustami...? - zrobił minę zbitego psiaka, a mi zrobiło się cieplej na sercu. Westchnąłem.
   - Dobra. Ale ostrzegam, że nie jestem w tym zbyt dobry, pierwszy raz komuś obciągam. - usadowiłem się wygodnie między jego nogami, złapałem nabrzmiałe przyrodzenie chłopaka i dotknąłem go językiem. Nie było tak źle. Objąłem wargami główkę, a Shiro aż jęknął. Uśmiechnąłem się i spojrzałem na jego twarz. I aż mnie zamurowało, bo nie widziałem u niego takiego wyrazu nawet wczoraj, a wtedy chyba odczuwał dużą przyjemność. Policzki miał zaróżowione, usta lekko rozchylone, a w oczach czaiło się pożądanie. Faktycznie powstrzymywał się, żeby mnie nie skrzywdzić. To było urocze. Dlatego postanowiłem dać mu jak największą rozkosz, jaką tylko mogę mu dać. Tak mogłem się odpłacić za to, że nadal przy mnie jest. Ale gdzieś w najdalszych zakątkach mojej głowy pojawiło się jedno, z pozoru nieważne pytanie:
   Co mam robić w sprawie Yosuke?

piątek, 29 maja 2015

Trener - Rozdział XIII

   Skubany był szybki, trzeba było mu to przyznać. Gdy ja wystartowałem, on był już jakieś pół metra przede mną. Wyobrażałem sobie, jak po wyścigu uśmiecha się tryumfalnie i wytyka mnie palcami i mówi, że przegrałem, a on wygrał. Ostatnio coraz więcej osób mi to mówi, do cholery. Na przykład taka pewna blondynka, która... Dobra, nie. Nie mogę się jeszcze bardziej dołować, kurde. Muszę się skupić i go wyprzedzić, żeby nie miał okazji robić sobie ze mnie jaj. Tylko że jak mam się, kurwa, skupić, skoro wywija mi tym swoim seksownym tyłkiem przed nosem!
   Przez deszcz jego koszulka przemokła, opinając jego i tak już napięte mięśnie. Podziwiałem je z zachwytem. Już nawet mogę przegrać, byleby tylko cały czas mieć taki widok przed sobą. Jednak przez moją nieuwagę wyjebałem się do jakiegoś błota. No po prostu zajebiście! To było, kurwa, przepiękne, Naoki. Jesteś jebanym geniuszem.
   Szatyn zatrzymał się i odwrócił. Zmierzył mnie wzrokiem, najpierw zastanawiając się, jak ma zareagować, a potem po prostu wybuchł śmiechem. Zajebię go kiedyś!
   - Może byś mi tak, kurwa, pomógł, a nie rżysz z cudzego nieszczęścia! - warknąłem, próbując się podnieść, ale za każdym razem rozjeżdżały mi się nogi powodując, że byłem jeszcze bardziej usyfiony.
   - Ju-już, przepraszam - nadal się śmiał, otarł z oka łezkę rozbawienia i podszedł do mnie, łapiąc za moją wyciągniętą rękę. - Po prostu tak komicznie wyglądałeś... - zerknął na moją minę, po czym parsknął śmiechem.
   - Możesz mi już oszczędzić upokorzenia. Wracam do domu, muszę wziąć prysznic. - i nie czekając na jego ruch poszedłem w kierunku mojego domu. Chłopak dobiegł do mnie, nadal szczerząc się jak pojebany.
   - Oj, weź już się nie złość - zrobił oczy zbitego psiaka. - Było śmiesznie! - klepnął mnie po ramieniu. Westchnąłem, odwracając wzrok.
   - Może dla ciebie - mruknąłem. Resztę drogi spędziliśmy w ciszy. Nadal padało, więc trochę błota zmyło się z mojego ciała, ale ubranie było całe ufajdane.
   Gdy weszliśmy do domu wspiąłem się po schodach na górę, do mojej sypialni.
   - Shiro, idź do mojego pokoju, zaraz przyniosę ci jakieś ręczniki. - skinął głową i za chwilę zniknął w pokoju. Podrapałem się po głowie i wszedłem do łazienki. Tam do mojego nosa dotarł zapach lawendy i jeszcze czegoś, zdaje mi się, że pomarańczy. Wziąłem pierwszy lepszy żel pod prysznic z półki, odkręciłem ciepłą wodę i za chwilę znalazłem się w środku kabiny. Jak się potem okazało, żel był cytrynowy. Zmyłem błoto z siebie i po chwili wyłączyłem wodę. Z szafki wygrzebałem jakiś ręcznik i obwinąłem go sobie w biodrach, po czym zacząłem szukać ubrań. Po kilku minutach poszukiwań mina mi zrzedła. W łazience nie miałem niczego, co mógłbym na siebie włożyć! Więc musiałem pójść do sypialni w samym ręczniku, z wilgotnymi włosami, gdzie siedział Shiro. To nie był najlepszy pomysł, ale nie miałem innej możliwości. Bo nie mogłem siedzieć całe wieki w łazience tylko dlatego, że Shiro może mnie poobmacywać! Chociaż... teraz sam tego chcę, więc może poobmacujemy się razem. Tylko to on ma zacząć, a ja będę zgrywać niewinną dziewicę, która... no dobra, nie ważne.
   Wierząc w siebie i takie tam wyszedłem z pomieszczenia i hardym krokiem udałem się do sypialni. Pociągnąłem za klamkę, przed wejściem odetchnąłem i wparowałem do pomieszczenia. Szatyna zastałem, gdy opierał się o parapet i wyglądał przez okno, patrząc się na deszcz. Gdy usłyszał otwieranie drzwi odwrócił się zaciekawiony. Widząc mnie uchylił lekko usta i przeskakiwał wzrokiem od moich nóg, przez biodra, a kończąc na twarzy. Jednak za chwilę zamknął oczy i zacisnął dłonie w pięści.
   - Wiesz, Naoki - zaczął spokojnym głosem. - Naprawdę się starałem. Uwierz mi, powstrzymywałem się przed dotknięciem ciebie. Widziałem, że nie masz na nic ochoty, i to chyba z powodu Yosuke. Ale teraz... - pokręcił głową. - Teraz to ty mnie prowokujesz. - spojrzał na mnie lubieżnie, po czym podszedł, oparł ręce na ścianie nad moją głową i z premedytacją wpił się w moje usta.
   Nie miałem zamiaru przerywać, czy nawet protestować. Objąłem go za szyję i rozwarłem usta, a on od razu wtargnął swoim językiem do mojego wnętrza. Jego pocałunek był natarczywy, namiętny i jednocześnie taki... delikatny. Każdy jego dotyk palił, każdy jego pojedynczy całus sprawiał, że wariowałem. Zjechał wargami na moją szyję, zasysając się na skórze i robiąc mi malinki, a jego palce muskały moje sutki. Naprawdę wariowałem. A to wszystko była jego wina. Złapałem go za kucyka i ściągnąłem frotkę. Wplotłem dłonie w jego włosy i przyciągnąłem do pocałunku. No i moje zgrywanie niewinnej dziewicy poszło się pier... jeb... aa, nie ważne, wiecie o co mi chodzi.
   Włożył mi kolano między nogi i docisnął.
   - A-aach... Shi-Shiro... - to było jedyne, co potrafiłem powiedzieć. Tak naprawdę to mogłem tylko jęczeć. Czułem, jak szatyn się uśmiechnął, po czym przyssał się do sutka, pocałował brzuch i zjechał na ręcznik. Uklęknął i przejechał ręką po moim kroczu.
   - Ktoś tu chyba bardzo oczekuje mojej uwagi, co?
   - Mhmm... aaach! - wygiąłem się w łuk, kiedy chłopak jednym ruchem ściągnął ze mnie ręcznik i mój penis zanurzył się w jego ustach. Jego gorących, mokrych ustach, które zassały się na główce.
   - Shi-shiro...! - wplotłem palce w jego włosy i nadałem jego poruszającej się głowie własne tempo. Ręką ścisnął lekko jądra, a ja otworzyłem usta w niemym krzyku. Doprowadzał mnie do szaleństwa.
   - Shiro... jaaa... już... mmnn...! - wyjęczałem, ale chłopak nic sobie z tego nie robił, tylko sprawił, że doszedłem. Wstał i pocałował mnie. Poczułem smak własnej spermy - trochę słonawy z nutką kwaskowatości. Odkleił mnie od ściany i popchnął lekko na łóżko, po czym usiadł mi na biodrach.
   - T-to nie fair, że ja jestem już nagi, a ty nadal w ubraniach - mruknąłem, próbując ściągnąć z niego nadal mokrą koszulkę. On tylko uniósł brwi z uśmiechem, po czym zdjął ją i zaczął ściągać spodnie. Przez napięte bokserki widziałem jego twardego penisa i aż mnie coś ścisnęło, żeby też go dotknąć. Chciałem usłyszeć u niego jęki rozkoszy. Chciałem, żeby też poczuł przyjemność. Wyciągnąłem rękę, by go dotknąć, ale zatrzymał mnie.
   - Nie trzeba - zapewnił. - Zrekompensuję sobie to.
   Zdjął bieliznę, po czym włożył palce do moich ust, z jednym poleceniem.
  - Ssij.
  Posłusznie zassałem się patrząc mu perwersyjnie w oczy, a za chwilę przyłożył jeden palec do mojego wejścia i zaczął je masować.
  - Rozluźnij się - poradził, a ja posłuchałem. - To twój pierwszy raz, nie? - zapytał. Pokiwałem szybko głową, rumieniąc się trochę. To krępujące mówić takie rzeczy, ale no bez przesady, za chwilę będziemy ze sobą uprawiali seks! Tu chyba nie ma miejsca na kłopotanie się czymś takim! Ale gdzieś z tyłu mojego mózgu pojawiła się myśl, że musiał już wcześniej robił to z facetami, bo wie, jak ma się zachować. Poczułem się trochę zazdrosny, ale bezpodstawnie, nawet ja to wiedziałem.
   Nagle jego palec we mnie wszedł. Zabolało, nawet bardzo, ale nie dałem tego po sobie poznać. Pragnąłem go. Pragnąłem go w sobie. Pragnąłem, żeby się ze mną połączył... Nawet, jeśli to były tylko durne dyrdymały, to czułem, że jeśli mnie wypełni, to w pewnym sensie będę należeć tylko do niego. Zachowałem się jak szalenie zakochana dziewczyna, ale po części tak się czułem. Bo byłem po uszy zakochany w Shiro. I nie było już dla mnie ratunku.
   Gdy dołożył drugi palec, myślałem, że moja dupa zaraz wybuchnie.
   - Jesteś... taki ciasny... - stęknął tylko. To tak... cholernie bolało. Nie chciałem mu tego pokazywać, ale niechciane łzy same pociekły po policzkach. Spojrzał na mnie z troską w oczach.
   - Może... może my nie powinniśmy... - zawahał się i chciał cofnąć rękę, ale przeszkodziłem mu.
   - Nie... wszystko jest okej... Chcę cię w sobie. Proszę - wyszeptałem. Jęknął, a potem włożył we mnie trzeci palec.
   - Naoki... jeśli to boli, nie musisz się zmuszać - powiedział to z takim cierpieniem, jakby czuł to, co ja w tamtej chwili.
   - Powiedziałem, że chcę cię w sobie. - warknąłem. Zamknął oczy i zaczął nimi poruszać, lecz tym razem posłuchał mnie i nie przerywał. Objąłem go za szyję i przylgnąłem do niego zaciskając zęby. Ja naprawdę tego chciałem. A ten cholerny ból we wszystkim przeszkadzał. Po około minucie powoli zacząłem się przyzwyczajać. Ale to były tylko palce. Więc jak bardzo będzie bolało z jego penisem?
   - Shiro... już możesz... nie mogę dłużej czekać... - jęknąłem i przyciągnąłem go do pocałunku. Oddał go, ale niepewnie. Przyłożył swoją męskość do mojego wejścia. Cały czas się wahał.
   - Naoki... - zaczął, ale mu przerwałem.
   - Do jasnej cholery, powiedziałem ci coś! Chcę, żebyś mnie pieprzył - powiedziałem, całkiem poważnie. A on pchnął.
   Krzyknąłem, a w moich oczach automatycznie pojawiły się łzy.
   - Przepraszam, ale nie mogę już dłużej. - założył sobie moje nogi na ramionach i znów pchnął. Robił to coraz szybciej i mocniej. Sam się na niego nabijałem, jęcząc i wijąc się pod nim. Chyba krew leciała mi po pośladkach, ale mało mnie to obchodziło. Możliwe nawet, że byłem masochistą, ale to mi się podobało.
   Aż nagle Shiro zrobił coś, co sprawiło, że poczułem ogromną przyjemność. Prawie krzyknąłem z rozkoszy.
   - Shi-shiro...! Tak, ta...tam! - już nie zważałem po prostu na nic. Chciałem znów doświadczyć tego uczucia. Szatyn znów musnął ten punkt, a ja gwałtownie doszedłem.
   - Naoki... ja zaraz... - stęknął, po czym moje wnętrze wypełniła sperma chłopaka. Zamknął oczy i trwał tak chwilę, po czym wysunął się. Bolało nawet bardziej, niż we mnie był. Zamknąłem odruchowo oczy i wtuliłem się w szatyna, który położył się obok i objął mnie w pasie.
   - Przepraszam, Naoki - mruknął. Pogłaskałem go po głowie, a więcej już nie pamiętałem. Oczy same mi się zamykały, a potem otoczyła mnie już tylko ciemność i słodki zapach cytryny.
---------------------------------------
Witam :>
Zanim mnie znienawidzicie za to, że tak "skrzywdziłam" Naokiego, powiem, tyle: pierwsze razy nie muszą być idealne, prawda? :>

piątek, 22 maja 2015

Drugie Wcielenie - Rozdział IV

Witam :>
Przedstawiam wam następny rozdział Wcielenia! :D To już czwarty z... no, nie wiem z ilu, ale nie ędzie ich zbyt dużo. To znaczy może będzie ich dużo, zależy, czy wymyślę jeszcze jakieś wątki. No ale nie przeciągając, zapraszam do czytania i komentowania, a w szczególności tego drugiego :>
A, i mały tip: o rozdziałach informuję tu, na tej grupie na Facebooku ---> *klik* Musicie do niej dołączyć, żeby cokolwiek widzieć ;) A jeżeli chcecie, żebym was oznaczała w poście reklamującym napiszcie do mnie --- > *klik*
To tyle, czytajta już :>>>
-----------------------------------
   Pomiędzy Rinkashim a Seiryo zapanowała kompletna cisza. Nawet ich serca zdawały się jakby zatrzymać, żeby nie przerywać milczenia. Czerwonowłosy spojrzał w oczy bruneta, żeby dać mu do zrozumienia, że potrzebuje wyjaśnień, ale widział w nich tylko niedowierzanie. Sam chłopak był pogrążony w myślach. Nie rozumiał, czemu... czemu w ogóle powiedział coś takiego. Jakby jakaś obca osobowość przejęła nad nim kontrolę i oddała mu pamięć. Ale tylko o tym imieniu. O imieniu, którego nigdy w życiu nie słyszał. O imieniu osoby, której nawet nie znał, a czuł, że ją kocha.
   Sytuacja była dość niezręczna. Dla obu chłopaków. Brunet czuł się tak, jakby nadal był w śnie. Jego twarz wtedy była taka realistyczna, jakby naprawdę tam stał i uśmiechał się do mnie. To nie jest normalne, to zdecydowanie nie jest normalne. - rozmyślał gorączkowo. Czekali na dowolny ruch drugiej osoby, choćby drgnięcie czy przesunięcie ręki, ale nic takiego nie nastąpiło. Po prostu siedzieli naprzeciw siebie i... czekali. Na cokolwiek.
   Aż w końcu Rinkashi postanowił przerwać ten spokój. Nie mógł już dłużej usiedzieć na miejscu i udawać, że to przed chwilą nie nastąpiło.
   - Mo... Motoki? - zaczął niepewnie. Seiryo dopiero po chwili zorientował się, że czerwonowłosy mówi do niego.
   - Słucham? Motoki... Nie... Nie Motoki. Seiryo - poprawił chłopaka powoli. - Moje imię to Sei... Seiryo. - powiedział, lecz zrobił to tak, jakby nie miał do końca tej pewności. - Szczerze mówiąc, to... sam już nie wiem. Mam w głowie jakieś dziwne wspomnienia, które z pewnością nie należą do mnie, i... - zrezygnowany przejechał dłonią po twarzy. - Wszystko mi się miesza.... - spojrzał czerwonowłosemu w oczy. - I ja cię chyba... kocham - przyznał. I wtedy Rinkashi stracił nad sobą kontrolę. Chciał... chciał mu dać czas. Chciał, żeby brunet go lepiej poznał. Ale z tym wyrazem twarzy, z takimi uczuciami, które dopiero wyjawił, nie mógł więcej się powstrzymywać.
   W myślach podjął jedną, szybką decyzję. Wstał z podłogi i podszedł do chłopaka. A potem wpił się w jego usta.
   Na początku Seiryo chciał go odepchnąć. Powiedzieć, żeby zostawił go w spokoju. Ale nie mógł. Nie potrafił. Jego ciało, jego wargi, jego oczy, to wszystko przyciągało bruneta. Poza tym do głosu dochodziło jeszcze to nieznane mu uczucie, jakby znał go całe życie, a jednak wcale. Jednak dał za wygraną i wraz z całą zawziętością, jaką w sobie miał oddał pocałunek. Ich języki walczyły ze sobą, ale, ku zaskoczeniu chłopaka, jego język wygrał. Pogłębili coraz bardziej namiętną pieszczotę, aż w końcu ręce Seiryo zawędrowały pod koszulkę Rinkashiego, muskając brzuch. A ten spanikował lekko, odrywając się od bruneta.
   - Nie... Przestań, proszę... - szepnął i spróbował wyplątać z jego objęć, ale chłopak tylko go do siebie.
   - Czemu? Chcę ciebie. - powiedział dobitnie, nawet się nie krępując. A policzki czerwonowłosego pokryły się szkarłatem.
   - A-ale... to się chyba dzieje za szybko... - powiedział zakłopotany i położył mu ręce na piersi, trzymając go na odległość.
   - Tyle, że to ty mnie pocałowałeś - zauważył. - Teraz weź za to odpowiedzialność. - powiedział i pocałował go. Złapał go w pasie i posadził sobie na kolanach. Rinkashi położył mu ręce na policzkach i także wczuł się w pocałunek. Bezwiednie zaczął poruszać biodrami w rytm pocałunku, a Seiryo jęknął.
   - Aaach... A ty mówisz, że to się za szybko dzieje... - spuścił głowę i oddychał ciężko. Powstrzymywał się. Bardzo się powstrzymywał, ale jakoś mu to nie wychodziło.
   - B-Bo taka jest prawda - mruknął. - Czemu nagle jesteś taki śmiały? Przecież wcześniej...
   - Skoro jestem pewny swoich uczuć, to po co mam się powstrzymywać? - przerwał mu.. A potem znów wpił się w jego usta.
   Trwali tak dobre dziesięć minut. Po tym czerwonowłosy położył się na torsie chłopaka i zamknął oczy, jakby chciał pójść spać. Brunet spojrzał przez okno. Na zewnątrz słońce już zaszło i zrobiło się szaro. Poruszył się niespokojnie, ale został na miejscu. Jednak za chwilę poklepał czerwonowłosego po plecach.
   - Rinkashi, muszę już wracać do domu - nadal trochę nieswojo mu było wymawiać to imię, ale wierzył, że z czasem się przyzwyczai. - Moi rodzice będą się martwić.
   - Mhm. - mruknął tylko i wtulił się bardziej w chłopaka. - Miękki jesteś, wiesz?
   - Dzięki...? - powiedział rozbawiony. - Rin, naprawdę muszę już iść.
   - Mhm.
   - Słuchasz mnie w ogóle?
   - Nie. A teraz zamknij się i leż, bo jest mi wygodnie.
   - Ale...
   - Zostań na noc. - przerwał mu - Zadzwoń do rodziców i powiedz, że nie zdążysz wrócić na czas i zostajesz na noc u kolegi.
   - Chętnie przystałbym na tą propozycję - powiedział pociągającym głosem - ale jutro mam szkołę, a nie mogę sobie jej tak odpuścić.
   - Czemu? Ja jak byłem w twoim wieku, często ją sobie odpuszczałem.
   - "Jak byłem w twoim wieku"? To ile ty masz lat? - zapytał zdziwiony.
   - W lipcu skończę dwadzieścia sześć.
   Bruneta zamurowało. Wyglądał na siedemnaście, może osiemnaście lat!
   - Hoho, no to natura nie poskąpiła ci wyglądu - przyznał.
   - W jakim sensie?
   - Nie dość, że jesteś przystojny i wyglądasz na młodszego o co najmniej siedem lat, to do tego jeszcze taki seksowny - mruknął, przejeżdżając nosem po szyi chłopaka. A jego policzki znów były czerwone jak burak.
   - Prze-przestań mówić takie rzeczy... - skrył twarz przyciskając czoło do jego piersi.
   - Czemu? Taka prawda.
   - B-bo to żenujące i... wstydliwe. - wybełkotał, a ostatnie słowo szepnął tak cicho, że nawet Seiryo miał problemy z usłyszeniem zdania.
   - Słucham? - zapytał rozbawiony. - Nieważne. Wstawaj, naprawdę muszę się zbierać.
   - Nie pozwolę ci odejść, przynajmniej dzisiaj. Masz zostać na noc. - rozkazał. Brunet zlekceważył go śmiejąc się.
   - Co mi możesz zrobić? Jestem od ciebie silniejszy, wyższy i w ogóle.
   - Ale ja jestem starszy! - krzyknął oburzony.
   - A denerwujesz się jak dziecko - uśmiechnął się, gdy chłopak zbliżył się do niego, uklęknął przy nim, a potem... złapał go za nogę i przykleił się do niej jak rzep.
   - H-hej, co ty robisz?! - wykrzyknął brunet.
   - Sprawiam, że ulegniesz i zostaniesz. - powiedział hardo, jeszcze bardziej wczepiając się w jego łydkę.
    - Jesteś tego pewien? - zapytał wyzywająco. I spróbował się poruszyć. Szło mu to opornie, ale zanim doszedł do framugi drzwi prowadzących na mały korytarz, Rinkashi zapytał:
   - Jak mam cię przekonać, żebyś został? Nie widziałem cię przez osiemnaście lat! - pożalił się. Dopiero po chwili zrozumiał, co powiedział.
   - Słu-słucham?
   - Wybacz, miałem co innego na myśli... - speszony oderwał się od jego nogi i wstał. - Ja naprawdę...
   - Mógłbyś mi powiedzieć, o co ci chodziło? To mi nie da spokoju - poprosił.
   Rinkashi wiedział, że prędzej czy później musiałby mu to powiedzieć. I zdecydowanie wolał to "później", ale nie miał innego wyjścia.
   - Chyba... chyba najlepiej będzie, jeżeli zacznę od początku.
   - W jakim sensie?
   - Od naszego pierwszego spotkania... znaczy od spotkania mojego i Motokiego.
   I nie przeciągając, zaczął swoją opowieść. 

środa, 20 maja 2015

Trener - Rozdział XII

   - Naoki, kocham cię.
   Po czym bezceremonialnie wpił mi się w usta.
   Chciałem go odepchnąć, ale byłem zbyt zszokowany. Nie czując odpowiedzi z mojej strony oderwał się ode mnie. Uśmiechnął się nerwowo i lekko zarumienił.
   - Taa, i to by było na tyle. Ja... wiem, że nic do mnie nie czujesz. Traktujesz mnie tylko jak brata. Nawet jeśli każesz mi teraz wyjść i nigdy nie wracać, ja... nadal będę cię kochał. Tylko proszę, pozwól mi być blisko ciebie. Inaczej nie przeżyję.
   Blondyn czekał na moją reakcję. Ja nadal stałem w miejscu, osłupiały tym, co tu przed chwilą zaszło. Chłopak westchnął jedynie smutno.
   - Rozumiem.
   Skierował się do wyjścia. Dopiero wtedy wyrwałem się z zdumienia.
   - Yosuke, czekaj...! - krzyknąłem, ale usłyszałem tylko trzask drzwi. - Yosuke, ty idioto! - walnąłem pięścią w ścianę. Gdybym mu coś odpowiedział, cokolwiek, może wtedy nie miałby mnie za skończonego drania. Szlag by to! Czemu musiałeś zrobić to akurat teraz!
***
   - Naoki, cholera! Otwórz mi w końcu te drzwi, wiem, że tam jesteś!
   - Wypieprzaj! Nie mam ochoty na trening!
   - Ale mnie to nie obchodzi! Twoja matka mi płaci, i to o wiele za dużo jak na taką robotę!
   - A co?! Narzekasz?! Bo ja bym nie narzekał, skoro ci to się podoba! - warknąłem, leżąc twarzą do dołu na kanapie. Humor miałem zjebany, więc całą godzinę pozostałą do przyjścia Shiro spędziłem... szczerze mówiąc, to na niczym, oprócz użalania się nad sobą i wytykania sobie, jaki to ja jestem chujowy, beznadziejny i tak dalej. Znalazłbym pewnie jeszcze więcej przymiotników opisujących moją osobę, ale wtedy musiałbym skorzystać z internetu, który mam w telefonie, który był w sypialni, a to tak daleko...
   - Naoki! Podnoś dupę i otwieraj, bo wyważę drzwi! A wtedy to ty poniesiesz za to koszty!
   - Och, czemu jesteś taki upierdliwy? - mruknąłem, zwalając się na podłogę i szurając stopami podszedłem do drzwi, za którymi stał mój młody bóg. Miał na sobie biały bezrękawnik, ukazujący jego idealne mięśnie. Przez koszulkę było widać zarysowany kaloryfer. Na ramieniu miał sportową torbę.
   Spojrzałem na niego złowrogo. Chciałem dać do zrozumienia całemu światu, w tym także jemu, że mam zły nastrój i że lepiej ze mną nie zadzierać, bo przypierdolę, nawet Shiro. Chociaż, po namyśle może i lepiej nie, bo on, zważywszy na jego nerwowe usposobienie i siłę, też by mi pewnie przypierdolił. A wtedy nie byłoby miło i musiałbym po raz setny rozważyć, czy naprawdę kocham go tak, jak ubzdurało sobie moje serce .No i może penis, ale to już mniej. No i oczywiście mózg, odpowiedzialny za wszystkie te duperele w naszym ciele, czy jakoś tak...
   - Zachciało się księżniczce otworzyć, tak? - syknął. - Wiesz, może i nadeszła wiosna, ptaszki śpiewają, słońce świeci, ale nadal jest trochę, kurwa, zimno! A dobijam się do ciebie jakieś dziesięć minut!
   - Pewnie poczekałbyś sobie jeszcze dłużej, gdyby nie to, że wręcz na mnie wymusiłeś otworzenie ci. - odwróciłem się od niego i skierowałem się w stronę lodówki, żeby zjeść coś dobrego. - No kto normalny chciałby wyważyć komuś drzwi tylko dlatego, że nie chce wpuścić kogoś do środka?!
   - Może ja?
   - O taaak, bo ty jesteś normalny...
   - Kwestionujesz moją normalność?!
   - A żebyś wiedział, że tak. Masz z tym jakiś problem?! - szatyn nie odpowiedział, tylko zaczął mi się przyglądać, bardzo intensywnym wzrokiem. Czując na sobie jego wzrok, zawsze czułem się... dziwne. - Masz w tym jakiś cel, że się tak na mnie gapisz? - zapytałem, nalewając sobie do szklanki sok.
   - Nie wiem, tak jakoś... nie jesteś dzisiaj sobą, prawda? Coś się stało? Na bank coś się stało, normalnie ty... się tak nie zachowujesz. - Jeszcze ma czelność mówić mi coś takiego! Znamy się dopiero cztery dni!
   Nie odpowiedziałem, tylko skupiłem się na tym, by nie wypuścić naczynia z drżących rąk. On się o mnie... martwił? Może... może jest jeszcze szansa dla mojego przypadku miłości? żeby ta "nieodwzajemniona" zamieniła się w tą "odwzajemnioną"?
   Nagle ramiona chłopaka oplotły mnie w pasie, a ja o mało nie poplułem się sokiem.
   - Naoki, powiesz mi, co się stało? - Czemu, do cholery, teraz jest dla mnie taki czuły?! Czy przed chwilą nie był na mnie zły?! Chce sobie pogrywać z moimi uczuciami? Bo chyba wie, co do niego czuję.
   Postanowiłem zaryzykować i wygadać mu się. Miyo bym się nie wygadał, bo jest za młoda i nie chcę, żeby dokuczali jej przez to, że ma brata-pedała. Najbezpieczniej będzie, jeżeli się o niczym nie dowie. Wiem, to źle, że ją okłamuję, ale... tak będzie dla niej lepiej. I dla mnie też.
   - Ech... Ale obiecujesz, że zachowasz to dla siebie?
   - Obiecuję - przyrzekł.
   - No bo... przed twoim przyjściem, Yosuke... on wyznał mi miłość. - czułem, jak szatyn sztywnieje i mocniej mnie do siebie przyciska. A jednak! - A ja, debil, nic nie powiedziałem, a on to wziął tak, jakbym kazał mu się wynosić. Shiro, kompletnie zjebałem. A on jest moim... no, przyjacielem! Najlepszym przyjacielem, cholera! - Jęknąłem i bezwiednie bardziej się w niego wtuliłem. Chyba spodobały mu się takie czułości, bo pocałował mnie w policzek.
   - Wiesz, mogę sprawić, że zapomnisz o całej sprawie i się rozluźnisz... mogę? - jego ręce wjechały pod luźną koszulkę i zaczęły mnie głaskać po brzuchu. Nie powiem, to było przyjemne, ale nie miałem już dzisiaj ochoty na... praktycznie, to nic. Na trening zresztą też, ale skoro Shiro już tu był, to nie było sensu go odprawiać.
   - Shiro, zastopuj trochę. - wyplątałem się z jego objęć. - Rozumiem, że jesteś napalony, czy coś, ale musisz odwalić swoją robotę. Chodźmy już zrobić tą rozgrzewkę, co? - westchnąłem. Chłopak spojrzał się na mnie z wyrzutem, ale za chwilę zamknął oczy, a gdy je otworzył, na jego twarz znów płynął ten łobuzerski uśmiech. Rany, co ja mam z nim zrobić...
***
   - Naoki, może już byśmy na dzisiaj skończyli?
   Od przyjścia szatyna minęła jakaś godzina. W międzyczasie przyszła do nas moja matka i powiedziała, że ona i Keiji jadą na tydzień na jakąś delegację, czy ki wał. Miyo podobno miała nocować u jakiejś koleżanki, więc... zostałem sam. Na chwilę, oczywiście, ale sam. Jest beznadziejnie. Do tego Yosuke się na mnie obraził. Jest baardzo beznadziejnie.
   Ale zostaje jeszcze Shiro. On będzie przychodził do mnie codziennie na treningi. Nie będzie mi się przynajmniej nudzić. No ale on będzie się do mnie dobierał. Więc jednak jest beznadziejnie.
   - Czemu? Przecież zostało nam jeszcze jakieś - spojrzałem na godzinę w telefonie - pół godziny.
   - No tak, ale chyba zbiera się na deszcz. - spojrzał w górę i jak na zawołanie na jego twarz spadło kilka kropel. - No... to ja się będę zbierał.
   Nie rozumiem go. Najpierw się do mnie dobiera, a teraz traci okazję do... no, do dobrania się do mnie!
   - Czekaj, po co będziesz wracał? Nie jesteś tu samochodem,  jak zacznie padać to zmokniesz i się rozchorujesz. A mój trener nie może być chory. - powiedziałem z wyrzutem, a za chwilę, jak na zawołanie rozpadało się całkowicie.
   Szczerze mówiąc, to nie obchodziło mnie zbytnio, czy będzie przeziębiony, bo podobno idiotów zarazki się nie trzymają. Miałem też w tym swój cel.
   - Ale ja... - szukał jakiegoś wytłumaczenia, ale tylko westchnął. - Dobra, niech ci będzie. Ale masz mi zrobić herbatę - zagroził mi palcem.
   - Jasne, jasne. - zaśmiałem się.
   Chwilę potem siedzieliśmy przy niewielkim stole w kuchni. Ja stałem przy kuchence czekając, aż woda się zagotuje. Czułem jego wzrok na sobie. Jakby chciał mnie nim rozebrać. Ale poza tym, nic nie robił. Szczerze, to mógłbym się do tego przyzwyczaić. Tylko jakoś tak... nudno.
   Postawiłem przed nim niebieski kubek, a on wziął go do ręki i napił się.
   - Dobra. - stwierdził tylko, a potem pogrążyliśmy się w ciszy. Skupił wzrok na oknie obserwując deszcz, a raz na jakiś czas wziął łyka. Obserwowałem go uważnie, a on jakby nie zwracał na to uwagi.
   - Pościgajmy się. - rzuciłem, nie panując nad tym co mówię. Spojrzał się na mnie jak na wariata, po czym zapytał:
   - Jesteś tego pewien? To ty byłeś tym, który nie chciał, żebym się rozchorował - zauważył. Wzruszyłem ramionami.
   - Jestem pewien. Możemy obaj być chorzy.
   - To takie romantyczne - zadrwił. - Ale niech ci będzie. - powiedział odstawiając kubek i kierując się w stronę wyjścia, w międzyczasie zakładając sportowe buty. A ja poszedłem za nim.
   Na dworze lało jak z cebra. Co jakiś czas walnął gdzieś grzmot, a czarne niebo rozjaśniał piorun. Nawet kilka minut po wyjściu z domu byliśmy już przemoknięci do suchej nitki. I chociaż było w miarę wcześnie, to czułem się, jakby było grubo po dziewiątej. Naprawdę.
   Podeszliśmy na skraj chodnika, gdzie, po chwili namysłu, objaśniłem szatynowi trasę naszego wyścigu.
   - ... a potem zawracamy i biegniemy tutaj. Zgoda?
   - Zgoda. Tylko masz nie oszukiwać - zagroził mi palcem.
   - Na twoim miejscu to bym się o siebie martwił - zmierzyłem go wzrokiem. Chyba zrozumiał aluzję, bo nadął policzki i udał oburzonego.
   - No wiesz co...! Podejrzewać mnie o oszukiwanie, też coś! - splótł ręce na piersi i zmarszczył nos. A ja nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. On spojrzał się na mnie jakby nie wiedział, co ma robić, ale za chwilę śmiał się razem ze mną. Tak naprawdę to śmiałem się z niego, ale chyba sobie nie zdawał z tego sprawy.
   - Dobra, nie traćmy czasu. Po namyśle jednak wolałbym siedzieć w domu. I nie mów "A nie mówiłem" - przerwałem mu gdy otworzył usta by coś powiedzieć. Jednak zaraz ze tego zrezygnował, podszedł do niewidzialnej linii startu i ustawił się. Zrobiłem to samo. Zerknąłem jeszcze na szatyna i na jego pełną powagi twarz. Wziął nasze małe współzawodnictwo na poważnie. O wiele bardziej, niż się spodziewałem. Myślałem, że... Po jego usposobieniu można było wywnioskować, że jest taki beztroski, że nic nie traktuje na serio. Czyli myliłem się co do niego. On się naprawdę stara. Więc ja też się postaram. Przecież nie mogę być od niego gorszy, prawda?
   Przygotowaliśmy się do startu. W niewielkiej odległości od siebie, dzieliło nas tylko jakieś piętnaście centymetrów. Nawet przez deszcz czułem, jak jego ciało emituje przyjemne ciepło.
   Nagle naszła mnie ochota... przytulić go.
   Rzucił jeszcze na mnie okiem, po czym krzyknął "Start!".
   I ruszyliśmy. 

poniedziałek, 18 maja 2015

Drugie Wcielenie - Rozdział III

   Znacie to uczucie, gdy ktoś przed wami mdleje? Nie? No właśnie. Rinkashi też nie wiedział, jak to jest. Aż do teraz.
   Dla niego to był dzień jak co dzień. Rano zadzwonił jego szef, czy za dodatkowymi pieniędzmi chciałby przepracować najgorętszy dzień w roku. Zgodził się bez wahania. I tak spóźniał się z opłatą mieszkania, więc każdy zastrzyk gotówki by się przydał. No więc już o ósmej rano był zwarty i gotowy do pracy. Miał świetny humor i wątpił, że cokolwiek mu go zniszczy. Ale jednak zniszczyło. Przez całe pięć godzin przyszły tylko dwie czy trzy osoby. Nie miał co robić, nudziło mu się. Ale obiecał szefowi, że będzie tu siedział i czekał na klientów, a on dotrzymuje słowa.
   Było już po siódmej, kiedy przyszedł jakiś chłopak. Co prawda Rinkashi miał już zamykać, ale klient to klient, trzeba go obsłużyć. Czekał na niego cierpliwie, aż w końcu gość podszedł. I nagle, ni stąd ni zowąd, zemdlał. Czerwonowłosy nie wiedział co robić, dopóki nie zobaczył jego twarzy. Jego czekoladowych oczu. Jego czarnej czupryny.
   - Nie, nie, nie, nie... to... to jest niemożliwe... - wyszeptał. Zakrył usta rękoma i uklęknął przy brunecie. Przejechał opuszkami palców po jego prostym nosie, po jego zamkniętych powiekach, po jego wąskich, ale miękkich jak u dziewczyny ustach. I nagle zapragnął pocałować te wargi, wpić się w nie z całą swoją siłą. Ale... to może być tylko przypadek, że on tak wygląda. Równie dobrze potem mógłby mnie  posądzić o molestowanie seksualne... Nie! - potrząsł głową. - Zawsze sobie wyobrażałem, jak Motoki by wyglądał mając te osiemnaście lat. To musi być on!
***
   Gdzie... gdzie jestem? Ach, to znowu korytarz... Seiryo rozejrzał się wokół siebie. Znów śnił. Nie pamiętał, co się stało wcześniej, zanim zemdlał. A przynajmniej wydawało mu się, że zemdlał. Wiedział jedynie, że poszedł do sklepu coś kupić, podszedł do kasy i wtedy urwał mu się film.
   Rany... Znam to praktycznie na pamięć... Zaraz pojawią się jakieś dwie kobiety, starszy typ, dwóch mężczyzn w garniturach, a teraz czas na... No właśnie. I teraz pojawia się... Chwila. Coś jest nie tak. Czemu... Czemu ten ktoś jest odwrócony do mnie plecami? Może i pojawił się tu tylko kilka razy, ale zawsze pojawiał się od przodu, nawet jeśli nie widziałem jego twarzy. Chłopak zbliżał się do niewyraźnej sylwetki, ale nagle stało się coś dziwnego. Wszystko cofnęło się do początku, jakby ktoś przewijał film. Znów musiał przechodzić przez ten korytarz. I znów. I znów. Aż nareszcie, za czwartym razem, gdy chłopak podszedł bliżej, wszystko normalnie stało w miejscu. O co tu, kurde, chodzi... Postać znów była odwrócona, lecz teraz jej sylwetka była wyraźniejsza, a głowa zdawała się jakby obracać w stronę bruneta. Ten wstrzymał oddech. Jak na złość, głowa ktosia obracała się w żółwim tempie Aż w końcu ujrzał tą twarz, którą tak bardzo chciał poznać. Ten niebieski kolor... Czy ja już go gdzieś widziałem...?
   Seiryo gwałtownie otworzył oczy, dysząc ciężko. Zdziwił się, gdy zobaczył to samo, co we śnie. Tak, jakby wcale się nie obudził.
***
<kilka minut wcześniej>
   - Rin... Rinkashi...
   Czerwonowłosy zmarszczył brwi. Siedział już tak od jakichś piętnastu minut, obserwując chłopaka wyglądającego dokładnie jak Motoki i... nie wiedział, co ma robić. Po jego zemdleniu w sklepie zabrał bruneta do siebie. Musiał się dowiedzieć, co się dzieje, czemu on jest taki... podobny. Ale, jak wcześniej pomyślał, to mógł być tylko przypadek.
   - Rinkashi... nie... zo... zostań...
Czerwonowłosy zerwał się z krzesła i podbiegł do kanapy, na której leżał chłopak. Złapał go za rękę i wyczekiwał jakiejkolwiek reakcji z jego strony. Ale on nadal spał. Co jakiś czas przewracał się z boku na bok. Cokolwiek mu się śni, nie jest zbyt przyjemne - martwił się chłopak. Nawet, jeśli okazałoby się, że to wszystko to naprawdę był tylko zbieg okoliczności, nadal zostałby przy nim. Ale jak to by wyglądało, dwudziesto sześcioletni mężczyzna - który zdecydowanie nie wyglądał na swój wiek, bo miał iście chłopięcą urodę i metr sześćdziesiąt pięć wzrostu - uganiający się za osiemnastolatkiem!
   Nagle brunet pociągnął nosem, a Rinkashi nachylił się nad jego twarzą. Znów poczuł to pragnienie, tak jak w sklepie. Pochylił się bardziej, kiedy chłopak zaskoczony otworzył oczy. Czerwonowłosy odskoczył od niego jak oparzony, rumieniąc się. Całe policzki paliły go niemiłosiernie. Co ja, do jasnej cholery, chciałem zrobić?! Jeszcze trochę, a by mnie poniosło i... - potrząsnął głową i spojrzał na nadal zaskoczonego bruneta.
   - C-Co się właściwie stało? - zaczął zdezorientowany. Rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie kojarzył tego miejsca. I gdzie ja tak w ogóle jestem?! - Rin, czy mógłbyś mi wytłumaczyć, o co... - przerwał, gdy zdał sobie sprawę, co właśnie powiedział. I jak to powiedział. Jakby znali się od... zawsze?
 

sobota, 16 maja 2015

Trener - Rozdział XI

Witam :> Rozdział dłuższy, przynajmniej tak mi się zdaje, więc mam nadzieję, że się spodoba, A, no i wymyśliłam nareszcie tytuł na to opowiadanie. Ja taka twórcza XD
--------------------------------------------------------------------------------
   Shiro całował mnie inaczej, niż dotychczas. Co prawda, nie miałem porównania, bo całowałem się z nim tylko dwa razy, ale zdążyłem zapamiętać kształt, smak i miękkość jego warg. Pocałunek był bardziej... namiętny. Jego ręce błądziły po moich plecach, czasami zajeżdżając na pośladki. Raz po raz muskał mój niedawno odkryty czuły punkt na kręgosłupie. Ja tylko sapałem mu w usta, bo do czegoś innego nie byłem zdolny. Chłopak mieszał mi w głowie. Szczerze, to nie pamiętałem jak mam na imię.  Złapałem go za kucyka i przyciągnąłem do siebie. Chłopak popchnął mnie lekko na ścianę i wsunął mi kolano między nogi. Jęknąłem z podniecenia, a szatyn oderwał się na chwilę ode mnie.
   - Już ci stoi? - zapytał ze złośliwym uśmieszkiem.
   - Za... Zamknij się... Może mi powiesz, że... że tobie już nie stanął? - mruknąłem, wijąc się pod jego uściskiem.
   - To nie moja wina, że tak na mnie działasz - wyszeptał, przejeżdżając nosem po mojej szyi. Chciałem, żeby zrobił coś więcej. Chciałem, żeby wziął mnie całego, na własność. Chciałem się z nim kochać. Chciałem krzyczeć jego imię, gdy dojdę. Mogłem być nawet jego zabawką, byle tylko być przy nim. Chyba trafił mi się najgorszy z możliwych przypadek miłości - ta nieodwzajemniona. Tak naprawdę Shiro pewnie chciał mnie tylko przelecieć. Nawet jeśli miał mnie po tym zostawić, to... I tak go kochałem. Może też by mnie pokochał.
   Jego ręka wędrowała po moich sutkach, po brzuchu, aż zjechała na linię spodni. Myślałem, że zrobi coś więcej, ale on się zatrzymał. Z całym moim pożądaniem uniosłem głowę i spojrzałem mu w oczy, oddychając głęboko. Dłoń Shiro drgnęła lekko, ale cały czas była na guziku, raz po raz po nim przejeżdżając, jakby od niechcenia.
   - Powiedz mi, co mam teraz zrobić - szepnął, chuchając mi na twarz. W jego oddechu czułem miętę.
   - Za... Zamknij się i to... zrób to... - warknąłem, przymykając oczy.A on się zaśmiał.
   - Co dokładnie?
   - Wł... Włóż tam rękę... proszę... - jęknąłem. Chłopak cmoknął mnie po nosie. Po czole. Po ustach. A potem wessał się w moją szyję, jednocześnie wsuwając rękę do moich bokserek i łapiąc za nabrzmiałego penisa. To było niesamowite. Kilka ruchów wystarczyło, żebym doszedł, ale moja męskość nadal była zwarta i gotowa. I co najważniejsze - twarda.
   - Tak szybko, Naoki? Ktoś tu widzę jest bardzo napalony... - zaśmiał się.
   - I mówi to ten, który sam zaczął - mruknąłem.
   - Ja zacząłem? To ty mnie pocałowałeś! - poniosło go, ale ja nie pozostałem mu dłużny.
   - Bo zrobiłeś tą swoją minę zbitego psa!
   - Bo byłeś na mnie zły!
   - To ty zacząłeś!
   - Ja?! Obraziłeś się na mnie z chuj wie jakiego powodu, a teraz się wywijasz?! Ja tu przyszedłem, żeby cię przeprosić!
   No i cały nastrój poszedł się pierdolić. A my niestety nie. Już nawet mi opadł.
   Staliśmy tak naprzeciw siebie, on wpatrywał się we mnie z gniewem w oczach, chociaż jemu nadal stał. Ja splotłem ręce na piersi i patrzyłem się na niego, także ze złością, ale w mniejszym stopniu. A to mi mówią, że jestem nerwowy!
  Nagle rozległo się pukanie. Obaj w tym samym czasie spojrzeliśmy na drzwi.
  - Pójdę otworzyć - westchnąłem. Przed wejściem czekała moja mama.
  - Witaj, Naoki. Mogę wejść? - uśmiechnęła się i nie czekając na moją reakcję weszła do środka. Widząc szatyna otworzyła usta ze zdziwienia. - Och, to pan Kobayashi też tu jest? - no tak, zapomniałem, że Shiro podał nieprawdziwe imię i nazwisko. Swoją drogą, muszę go o to zapytać.
   - Dzień dobry, pani Takemura - ukłonił się z uśmiechem. Podlizywacz jeden.
   - Panie Kobayashi, skoro pan już tu jest, to czy mogłabym z panem porozmawiać? Na osobności?
   - To zależy, czy pani syn nie będzie miał nic przeciwko - oboje spojrzeli na mnie wyczekująco. Wzruszyłem ramionami. Przeszukałem jeszcze umysł w poszukiwaniu jego fałszywego imienia, bo kompletnie mi to z głowy wyleciało.
   - Spoko. Mitsuo miał i tak już wychodzić, prawda? - obróciłem się poszedłem na górę do swojej sypialni. Ta sytuacja tak bardzo przypominała mi zdarzenie z baru... Ale nieważne. Musiałem  przygotować się na jutrzejszy dzień do szkoły. W końcu to ostatni rok, nie mogę przecież źle wypaść. Zostaje jeszcze sprawa Shiro. Z tego co wiem od Yosuke, szatyn będzie z nami chodził do klasy. Nie mam pojęcia jak to będzie, skoro prawie staje mi za każdym razem, kiedy widzę jego łobuzerski uśmiech!
   Moja matka i szatyn wyszli na zewnątrz, a ja miałem trochę czasu dla siebie. Postanowiłem wziąć prysznic i porządnie sobie zwalić.
***
   Dźwięk tego przeklętego urządzenia, nazwanego przez ludzi pieszczotliwie "budzik", wyrwał mnie z erotycznego snu - wiadomo o kim - około siódmej, gdzie miałem go nastawionego na szóstą. Oczywiście po drodze były drzemki, dużo drzemek. No ale w końcu trzeba było wstać.
   Po drodze wstąpiłem po Yosuke, który, jako iż zwykle wręcz tryska energią, to dzisiaj był nie w sosie. Co z jednej strony mnie trochę zmartwiło, ale znowuż nie zadawał głupich, albo co gorsza dziwnych pytań. Bo z pewnością widział wibrator od Shiro. Tak swoją drogą, to szatyn jeszcze się mnie nie zapytał, czy mi się spodobał, a biorąc pod uwagę jego charakter jest to bardzo prawdopodobne.
   Dojście do szkoły zajęło nam jakieś dziesięć, piętnaście minut. Widziałem parę nowych twarzy, ale większość to te same chore pojeby z którymi chodziłem do klasy. Przywitałem się z tymi bardziej przeze mnie lubianymi, kiedy zobaczyłem Shiro otoczonego grupką dziewczyn. Boże, nawet w tym beznadziejnym, szkolnym mundurku wyglądał tak seksownie! Górny guzik koszuli miał odpięty, krawat zawiązany na odczep się - założę się, że nie umiał go wiązać -  i włosy związane w koński ogon, a na jego twarz opadało kilka kosmyków włosów, sprawiając wrażenie nieładu. Cholera, naprawdę jest coś ze mną nie tak... Ale nie oszukujmy się - jestem gejem. To pewne. Podjął moje spojrzenie, po czym... uśmiechnął się. Uśmiechną się tak, jak kocham. Zmiękły mi kolana, i chyba... chyba mi stanął. Skrzywiłem się i jak najszybciej pobiegłem - niezdarnie, ale pobiegłem - do szkolnej łazienki. Blondyn chyba się nie zorientował, że zniknąłem, bo za mną nie pobiegł. I nawet lepiej, że tego nie zrobił. Nie chciałem widowni. No, może widownia w postaci pewnego szatyna byłaby... Hej, hej, hej. Hej. Koniec. Nie. Stop. Nie mogę teraz o tym myśleć, ponieważ moja erekcja aż boli.
   Cała ta nagła "akcja" zajęła mi jakieś pięć minut, a to za sprawą mojej bujnej wyobraźni. Podszedłem do umywalki oblać sobie twarz, kiedy do łazienki wszedł ktoś jeszcze, a dokładniej - moja blondynka. Okazało się, że jednak zauważył moją ucieczkę, ale chciał mi dać trochę spokoju. Powiedział też, że wie z jakiego powodu tu uciekłem, ale tego dnia już się do mnie nie odezwał, dlatego przez wszystkie lekcje zapoznawcze nie miałem co robić, bo znałem wszystkich nauczycieli. A jako że dopiero co odkryłem swoją orientację, z nudów zacząłem przyglądać się wszystkim nowym twarzom by sprawdzić, czy może coś mnie w środku dźgnie i faza na Shiro mi przejdzie, który, przy okazji należał do mojej klasy. Cały czas czułem jego wzrok na sobie, co bardzo mnie dekoncentrowało. A wracając do moich "polowań", żaden facet nie spodobał mi się tak, jak szatyn. A było kilka niezłych ciach. Rany, zaczynam gadać jak dziewczyna. Gejostwo chyba nie wpływa na ludzi za dobrze.
***
   Dźwięk dzwonka oznaczał koniec tortur, nawet jeśli nic nam nie zadali. I tak było... no, nie było fajnie. To znaczy było, ale... Aaach, już sam nie wiem. Dostałem karteczki z numerami od kilku dziewczyn, ale gdy zniknęły z horyzontu, wywijając tyłkami, wyrzuciłem je. To było niemiłe, wiem, ale skoro jestem gejem to już wolałbym numery od facetów... 
   Muszę to przed sobą przyznać - byłem cholernie zazdrosny o Shiro. Przez całe sześć godzin otaczał go wianuszek jakichś lasek. Ale on nadal rzucał mi te spragnione spojrzenia, jakby cały czas miał ochotę na seks. Jak mnie mijał, zazwyczaj "przypadkowo" dotykał mnie tam, gdzie normalny znajomy nie powinien. Mam na myśli mój słaby punkt. Chociaż teraz tak myśląc, to normalny znajomy też mógłby mnie tam dotknąć, ale tylko przypadkowo. A on to robił specjalnie! I za każdym razem uginały się pode mną kolana, a po moim ciele rozchodziło się takie ciepło, jakbym płonął żywcem. Rozumiem, że miał chcicę, czy coś, ale mógł się chociaż w szkole powstrzymywać! No a poza tym dzisiaj przychodzi do mnie na trening, więc mógłby wtedy spróbować. A ja może bym się zgodził. Co ja pierdolę, oczywiście, że bym się zgodził.
   Jak zwykle odprowadziłem Yosuke do domu, po czym poszedłem do własnego. Blondyn, żegnając się ze mną zrobił taką minę, jakby coś sobie postanowił. Nie wiedziałem o co chodzi, ale może być ciekawie. Nawet bardzo.
***
   Siedziałem na kanapie przerzucając kanapy w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Pod ręką miałem paczkę czipsów. Było jeszcze wcześnie, około trzeciej. Szatyn miał przyjść o czwartej. Czyli została mi bezużyteczna godzina. Może by się tak przespać?
   Rozmyślania przerwało mi pukanie. Krzyknąłem "Już idę", po czym zgramoliłem się z siedzenia. W drzwiach stał Yosuke. Bez słowa wparował do środka, po czym zaczął krążyć w tę i z powrotem.
   - Hej, Yosuke, o co chodzi...? - zapytałem, nie będąc pewnym, czego miałem się po nim spodziewać. Chłopak spojrzał na mnie przelotnie, lecz nadal krążył po pokoju. 
   - Ja... ja już tak nie mogę, Naoki. Ja próbuję, ale... nie mogę.
   - Czego nie możesz?
   - Widzę, że coś cię łączy z tamtym kolesiem. Dlatego nie mam już czasu. 
  - Chłopie, o co ci kurde chodzi?! Mówże jaśniej!
  Blondyn podszedł do mnie i spojrzał mi w oczy.
  - Naoki, kocham cię.
  Po czym bezceremonialnie wpił się w moje usta.

wtorek, 12 maja 2015

Drugie Wcielenie - Rozdział II

Halo alo!
Tak, wiem, dodaję rozdziały nieregularnie. Tak, wiem, jestem gupia ;_; Ale no cóż, takie życie, trolololo. Obiecuję, że raz na tydzień coś się tu pojawi;_;
 

   Jak na tą porę dnia mały bar w centrum miasta był kompletnie pusty. Normalnie właściciel nie mógł się odpędzić od klientów, ale dzisiaj było inaczej. Na ulicach nie było ani jednej żywej duszy. Wszystko było takie... ciche. A to dlatego, że cały kontynent azjatycki nawiedziła fala ogromnych upałów. W cieniu ponad 40 stopni, a w słońcu jeszcze więcej. Ludzie zazwyczaj zbierali się przy publicznych fontannach, gdzie można było łatwo i tanio się ochłodzić. Do czasu aż nie wyłączyli wody w kilku dzielnicach Tokio. Tylko niektóre lokale miały własne zbiorniki lub małe studnie. A właśnie w tym małym barze w centrum taki zbiornik był. Tylko ludzie byli zbyt leniwi, by tam przyjść. A jako że właścicielowi nie chciało się wydawać pieniędzy na pracowników, to pracował tam sam. I musiał się kisić w fartuchu w kuchni. I nie mógł po prostu zamknąć sklepu jak cala dzielnica, bo "ktoś mógł przyjść". No i przyszedł.
   Chłopak miał przydługie czarne włosy i przepiękne czekoladowe oczy. Nie podszedł od razu do kasy tylko usiadł w najbardziej oddalonym kącie. Z torby, którą miał przy sobie, wyciągnął jakąś książkę i zaczął czytać. I tak minęło dziesięć minut. Mężczyźnie zaczynało to grać na nerwy. Nic nie zamawiał, a korzystał z tego, że wewnątrz nie było tak gorąco.
   - Ekhem, ekhem! - chłopak poderwał głowę i spojrzał w jego stronę. - Młody, kupujesz coś? Jeśli nie, to wypad! - warknął.
   - Przepraszam, ale czekam na kolegę. Jak on przyjdzie to z pewnością coś zamówię, proszę się nie martwić - uśmiechnął się promiennie, ukazując aż zbyt idealne białe zęby.
   - Dobra, dobra... - mruknął sprzedawca i odwrócił się do niego plecami.
   I tak minął kwadrans, kiedy  do baru wpadł następny klient, także chłopak. Miał długie, związane w koński ogon włosy o kolorze czystego błękitu. Rozbiegane złote oczy rozglądały się uważnie po pomieszczeniu. Gdy zobaczył swojego przyjaciela odetchnął z ulgą i zdjął z uszu różowe słuchawki. Z uśmiechem na ustach podszedł do stolika.
   - Siemano, Seiryo! Sorry za spóźnienie, ale paczka przyszła i musiałem ją odebrać. Patrz jakie cudo! - pisnął, po czym wyciągnął z torby obszerną, biało - niebieską bluzę z żółtymi wstawkami i wizerunkiem hamburgera na prawym ramieniu. Przytulił ją jakby to była jego wymarzona dziewczyna, której swoją drogą nie miał, aż w końcu usiadł. - No więc, co tam u ciebie?
Brunet podniósł głowę znad książki i także się lekko uśmiechnął.
   - Znów zmieniłeś kontakty? Już przyzwyczaiłem się do tamtych fioletowych. Tak samo jak do fioletowych włosów. A chciałbym zauważyć, że to było niespełna dwa dni temu, Kyoshi.
   - Nie czepiaj się. Te mi się bardziej podobają - pokazał przyjacielowi język. - A tak naprawdę to o czym chciałeś pogadać?
   - O tych dziwnych snach. Powtarzają się. Znów.
   - Wiesz, to trochę dziwne. To już trwa prawie dwa tygodnie. Nadal jest w nich ta sama treść?
   - Tak jakby. Idę tym samym szkolnym korytarzem, a wokół mnie jak spod ziemi wyrastają różne postaci, których kompletnie nie kojarzę. Tyle że teraz... teraz coś jest inaczej. W końcu dochodzę na koniec tego korytarza, gdzie ktoś się pojawia. I nie mam bladego pojęcia czemu, ale chyba... chyba coś do niego czuję. Zawsze gdy go widzę robi mi się tak cieplej na sercu i mam ochotę go przytulić. Ale gdy się zbliżam, wszystko znika, a ja się budzę - wzdrygnął się na zamglone wspomnienie. Brunet podczas swoich snów próbował się powstrzymywać od podchodzenia do tajemniczej osoby, ale pragnienie było zbyt silne i w końcu budził się zlany potem bez jakichkolwiek informacji. Czuł, że on jest gdzieś blisko, że go zna, że już kiedyś go widział. - Już sam nie wiem co robić. Przez to cały czas jestem niewyspany. Nie mam już siły na to wszystko - przetarł twarz rękoma.
   - Nie ma się co zamartwiać, stary. A teraz zamówmy coś, jestem strasznie głodny - oblizał się, po czym podniósł się gwałtownie z krzesła i pobiegł do kasy. A właściciel przyjął jego zamówienie z niemałym entuzjazmem.
   Dania gotowe były gotowe dopiero po dziesięciu minutach. Co i tak było niezłym wynikiem zważywszy na to, że właściciel był straszliwym leniem. Zamówili sobie po ramenie, błękitnowłosy onigiri a brunet tempurę. Jedli w ciszy, kiedy duży, wyglądający jak cegła telefon zadzwonił piskliwym dzwonkiem. Brunet westchnął.
   - Odbierz. Nie zniosę dłużej tego cholernego dźwięku.
   - Dzięki! Jesteś najlepszy! - krzyknął wstając i wybiegając na zewnątrz. Po chwili wrócił, nadal trzymając komórkę przy uchu. - Wybacz, Teiko zemdlała i mama panikuje. Co jest z tymi kobietami... No nic, w każdym razie będę się zbierał. Do zobaczenia i w ogóle. Możesz zjeść moje onigiri! - rzucił jeszcze i wybiegł, zostawiając bruneta sam na sam ze swoimi myślami.
***
   - Młody, zamykam już. Fajnie by było, gdybyś zdecydował się wyjść, wiesz?
Mężczyźnie odpowiedziała cisza. Spojrzał w kierunku stolika chłopaka. Zza kanapy dostrzegł czarną czuprynę, więc pewnie spał. Podszedł do niego i spojrzał na jego twarz pogrążoną we śnie. Może nie powinienem go budzić... Wygląda tak uroczo... Chwila! Urocza to może być dziewczyna, nie facet. A on ma pewnie z osiemnaście lat. Ale ten spokój na jego twarzy...  Nagle Seiryo poruszył się niespokojnie. Może go obudziłem? - zaniepokoił się kucharz.
   - Rin... Rinka...ashi... zo... zostań... - zaczął mamrotać, a potem niespodziewanie otworzył oczy. Rozglądał się przez chwilę nerwowo, po czym spojrzał na stojącą przed nim postać.
   - Ach! C-co się stało? Zasnąłem? Ale ze mnie idiota! Przepraszam za kłopot...
   - Nie martw się - przerwał mu. - I tak dopiero miałem zamykać, nic się nie stało. A teraz zmiataj do domu, bo rodzice będą się niepokoić. - ponaglił go. Brunet szybko podziękował i wybiegł. Na dworze zrobiło się chłodniej, ale tylko odrobinę. Chociaż było już grubo po siódmej, upał był taki jakby słońce w ogóle nie zachodziło. Seiryo spojrzał w niebo. Mam nadzieję, że może w nocy spadnie deszcz. Mam dość tego gorąca. Ach... Mam ochotę na loda. No więc postanowił wstąpić do pierwszego lepszego i, co najważniejsze, otwartego sklepu i kupić pożądaną rzecz.
   Było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie była wentylacja. Może i nie było tam jakichś wybitnych produktów, ale zawsze to coś. Chłopak skierował się do lodówki, a wybranie loda nie zajęło mu zbyt dużo czasu. Podszedł do kasjera i spojrzał na jego twarz. Zdążył tylko uchwycić niebieskie oczy i nastroszone czerwone włosy. A potem zemdlał.

sobota, 2 maja 2015

Drugie Wcielenie - Rozdział I

   Mężczyzna w garniturze strzelił.
   Potem wszystko potoczyło się jakby w zwolnionym tempie.
   Bezwładne ciało Kazuhiro opadło na kolana, patrząc pozostałym okiem na spanikowanego syna.
   Wokół było pełno krwi.
   Wyciągnął rękę by go dotknąć, ale wtedy osunął się na ziemię.
   Przerażony chłopiec odsunął się od zakrwawionych zwłok z obrzydzeniem.
   Chciało mu się wymiotować.
   "Szef" zbliżył się do truchła i machnął na swoich kolegów.
   - Obróćcie go.
   Szybko wykonali polecenie. Jeden z nich pogrzebał w kieszeni trupa i wyciągnął z niej pokaźnych rozmiarów portfel. Podał go przełożonemu.
   - Ten skurwysyn cały czas kłamał - syknął, gdy przejrzał zawartość przedmiotu - No nic, i tak odzyskaliśmy hajs, więc nic tu po nas - wzruszył ramionami. - Szczerze powiedziawszy, narobiliśmy tu trochę bałaganu - mruknął, rozglądając się po pomieszczeniu. - nie chciałem go zabijać, ale jakoś tak wyszło i...
   - Szefie?
   - Hmm?
   Obejrzał się na swojego współpracownika, który wskazywał palcem drzwi. A tam nad swoim martwym ojcem siedział Motoki. Krople łez staczały się z jego twarzy i skapywały na głowę ojca. Dopiero po chwili zorientował się, że jest obserwowany. Spojrzał w oczy szefa, w których zobaczył niemałą ciekawość. Chłopiec czuł, że jeśli zostanie, nie stanie się nic dobrego. Poderwał się gwałtownie z ziemi i wybiegł na korytarz.
   - Łapać go! Nie pozwólcie mu uciec! - ryknął szef. Mężczyźni pobiegli za chłopakiem. Ośmiolatek, jak na swój wiek, był całkiem szybki. Ale to i tak nic w porównaniu z dorosłymi facetami, którzy byli kilka razy silniejsi od niego.
   Szef wyszedł powoli z pokoju, jakby był na luźnym spacerku w niedzielę.  Na korytarzu zastał Motokiego próbującego wyrwać się z żelaznych uścisków dwójki.
   - Zo-Zostawcie mnie! Nie zro-zrobiłem wam nic złego! - krzyknął płaczliwym głosem. Szef jedynie pokręcił głową uśmiechając się sztucznie.
   - Nie możemy  cię  tak po prostu zostawić. Za dużo widziałeś. Dlatego musimy coś z tobą zrobić. - zza pasa wyciągnął ponownie przeładowaną broń. Przez chwilę ważył ją w ręku, a potem wycelował w głowę chłopaka.
   - Proszę... nie... - a z jego oczu znów poleciały łzy. Trzymający go spojrzeli po sobie, ale nie skomentowali zachowania szefa.
   - Nie bierz tego do siebie, młody - poklepał go po głowie. - To nasza praca.
   Powiedziawszy to, pociągnął za spust. Już drugi raz tego dnia.
***
   - Szefie...  nie przesadziliśmy? Mogliśmy go zastraszyć, czy coś. Wtedy by się nie wygadał, to było dziecko. A takim sposobem Góra może nie być tym zachwycona.
   - Nie miałem wyboru, Daisuke. Ten gówniarz był tylko niewygodnym świadkiem. Poza tym pewnie chciałby się na nas w przyszłości zemścić, czy coś, więc od razu temu zapobiegłem, prawda?
   Mężczyzna nazwany Daisuke już się nie odezwał. Odwrócił jeszcze głowę, żeby ostatni raz spojrzeć na dom, do którego z pewnością już nie wrócą. Bo nie ma po co.
  ***
   - Kochanie, jestem już!
   W przedpokoju rozległ się stukot obcasów, krótki szelest i do salonu weszła Hikaru, matka Motokiego. Około dwie godziny temu do jego męża przyszło trzech facetów ubranych bardzo formalnie. A garnitury nie były zbyt dobrym pomysłem na 40 stopniowy upał.
   Partner grzecznie ją poprosił, żeby znalazła sobie zajęcie na te dwie godziny. I choć starał się zachować spokój, kobieta po dwudziestu latach małżeństwa potrafiła rozpoznać jego emocje. A był on strasznie zdenerwowany. Więc posłuchała go i wyszła z koleżankami na zakupy. A teraz nawet nie odbierał telefonu. Może ci faceci coś mu zrobili i...
   Kobieto, czy ty musisz zawsze mieć w głowie najgorszą możliwość?! - skarciła się w myślach. - To twój małżonek, do cholery! Powinnaś w niego przynajmniej choć trochę wierzyć!
   Pokręciła głową, żeby pozbyć się strasznych myśli nawiedzających jej umysł. Odłożywszy torby w kuchni postanowiła zawołać jeszcze raz. A nuż mężczyzna spał?
   - Kazu, już jestem, słyszysz?!
   Lecz znów odpowiedziała jej cisza. Zaniepokojona skierowała się w kierunku schodów, lecz w połowie drogi zamarła. Z piętra spływała wielka kałuża krwi.
   Hikaru zerwała się i wbiegła na górę. Nie chciała wierzyć, że...
   Nie.
   To nie musi być prawda.
   To nie może być prawda.
   To się tak nie może skończyć.
   Oni muszą żyć.
   To ktoś inny.
   To na pewno ktoś inny.
 
   Prawda?
***
   Rinkashi nie wiedział, czemu Motokiego nie ma w szkole. Czemu się z nim nie kontaktuje. Nawet jego rodzina nie dawała znaku życia. Nauczyciele kilka razy już pytali się chłopaka, czy może wie co się z nimi dzieje. Na próżno.
   Aż w końcu pewnego dnia do sierocińca przyszła Hikaru. Czerwonowłosy zauważył ją już z okna swojego pokoju. Ale coś było z nią nie tak. Sam do końca nie był pewny co, ale coś na pewno. Pobiegł do holu, gdzie zastał ją i opiekuna ośrodka rozmawiających ze sobą cicho. Wreszcie chłopiec odważył się wyjść z ukrycia. Chrząknął.
   - Pani Ishimuro... mógłbym z panią porozmawiać? - starał się brzmieć oficjalnie, ale pod koniec wypowiedzi głos mu zadrżał. Spojrzeli po sobie, aż w końcu mężczyzna pozwolił im wyjść przed budynek.
   - Co się dzieje z Motokim? - zapytał już na zewnątrz. - Co się dzieje z panią? Czemu nikt nie odbiera telefonów?! Co... - przerwał, widząc w jakim stanie jest kobieta. Zasłoniła sobie usta ręką. I rozpłakała się. Rozpłakała się jak dziecko. Rinkashi nie wiedząc, co ma robić w takiej chwili robić, po prostu się nie odzywał i dał jej czas na uspokojenie się. W końcu powiedziała łamiącym się głosem:
   - Motoki... On... Nie żyje.
   Chłopiec pierwszy raz w życiu poczuł, jak na chwilę staje mu serce.
   Które po chwili pękło na milion kawałków.
   Stracił jedyną osobę, którą... chyba w tamtej chwili zdał sobie sprawę, że go kochał. Po dziecięcemu, ale kochał.

   A teraz już go nie ma.
-----------------------------------------------------------
Witam!
Oto kolejny (i pierwszy) rozdział Drugiego wcielenia!
Mam nadzieję, że się spodoba :33

I pamiętajcie: jeżeli nie komentujecie, to na świecie ginie czyjaś wena! :D