wtorek, 16 czerwca 2015

Trener - Rozdział XV

   Wyszliśmy razem z wanny. Chłopak chciał mnie wytrzeć, a na twarzy miał uśmiech iście pedofilski. Zaśmiałem się z niego wytykając palcem, a ten warknął i rzucił się na mnie z ręcznikiem. Pisnąłem jak mała dziewczynka i bezmyślnie rzuciłem się do ucieczki, jednak - jak już wcześniej wspominałem - szatyn był kurewsko szybki. Złapał mnie w pasie i pociągnął mnie za sobą na łóżko.
   Odniosłem dziwne i bardzo prawdopodobne wrażenie, że zachowujemy się jak para nowożeńców. Niektórych mogłoby to przyprawić o cukrzycę, ale... mi to pasowało. Podobała mi się ta chwilowa sielanka w naszych życiach. Chwilowa, bo... bo będę musiał rozwiązać sprawę z Yosuke.
   Nie wiem nawet, czy wpuści mnie do swojego domu. Czy w ogóle go tam zastanę. Co, jeśli blondyn nie chce mnie widzieć? Co, jeśli odwidziało mu się coś i teraz mnie nienawidzi? Nie, to do niego nie pasuje, tak zmieniać zdanie. Ale ostatnio zachowywał się coraz dziwniej...  I boję się, że kombinuje coś, co może nie wyjść mu na zdrowie. Martwię się o niego. W końcu to mój przyjaciel... chyba. Bo dopiero teraz dowiaduję się o tym, że mnie kocha, a znam go dobre paręnaście lat. Więc można powiedzieć, że coś przede mną ukrywa. I teraz pozostaje pytanie -  co? I tak właściwie - czemu? Chociaż to dwa pytania. Cholera, jestem coraz głupszy.
   Shiro cały czas trzymał mnie za biodra, nie pozwalając się wydostać. Na chwilę się wyłączyłem, ale kiedy musnął palcami mój czuły punkt, zadrżałem i wyrwałem się z jego objęć. I stojąc tak na środku sypialni zdałem sobie sprawę, że obaj jesteśmy nadzy. Całkowicie. Powoli obróciłem głowę w kierunku chłopaka, a ten leżał w wyzywającej pozie, na twarzy mając łobuzerski uśmiech. Zlustrowałem jego idealny tors, wyrzeźbione łydki i uda omijając jedno kluczowe miejsce, aż zerknąłem mu w oczy, w których czaiła się niemała ciekawość, a ja oczywiście zrobiłem się czerwony jak burak. Usłyszałem jeszcze, jak szatyn parsknął śmiechem i czym prędzej pobiegłem po coś do ubrania, by nie świecić gołym tyłkiem na cały dom. Chociaż... to mój dom. I mogę robić w nim co tylko zechcę. Nawet ruchać się z facetami.
***
   - Chcesz coś do jedzenia? - zapytałem szatyna, idąc do kuchni.
   - Hmm... Naleśniiki! - wykrzyknął wesoło. Jak dziecko. 
   - Naleśniki, mówisz? Nie umiem - rzuciłem i zajrzałem do lodówki. Mogłem usłyszeć, jak wciąga powietrze do płuc.
   - Jak to nie potrafisz robić naleśników?! - oburzył się. - Co z ciebie, kurde, za żona!
   Zatkało mnie. Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć.
   - Skoro jestem żoną, to ty jesteś mężem. - stwierdziłem. - Więc wyręcz swoją żonkę, bo żonka jest zmęczona - uśmiechnąłem się złośliwie, a on zrobił to samo.
   - Moja żona nie może być zmęczona. Poza tym, miejsce kobiety jest w kuchni, więc won do garów! - zawył i wyrzucił rękę w powietrze. 
   - To było niemiłe. - jęknąłem teatralnie, układając usta w podkówkę.
   - No wiesz, to tylko szczera prawda. Bo to ty jesteś kobietą w tym związku. - wyszczerzył zęby w uśmiechu.
   - że co proszę?! A niby z jakiego powodu?!
   - Ech, czy ty nigdy nie czytałeś gejowskich mang? - westchnął, a ja przekręciłem lekko głowę i zmarszczyłem brwi. - No bo tam jest uke i seme, tak? No więc seme to osoba, która wkłada, a uke jest... uke. Czyli poddaje się woli seme. Rozumiesz?
   - Rozumiem, kurwa! Ale ja nie jestem uke! To, że włożyłeś mi jeden raz, nie znaczy, że sobie tego nie odbiję! - warknąłem.
   - A masz zamiar to sobie odbić? - uśmiechnął się przebiegle, będąc coraz bliżej mnie. 
   - A żebyś wiedział. I wtedy nie będziesz mógł nawet się wysrać.
   Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem, po czym Shiro wybuchnął śmiechem i zgiął się w pół, trzymając bolący brzuch. Machnąłem na niego ręką i zajrzałem do lodówki. I aż mnie oślepiło. W środku bowiem było wszystko, od arbuzów, przez szpinaki, po mrożone lasagne w zamrażarce. A samo urządzenie nie było nawet 1/3 szafy w mojej sypialni. Magia, kurwa.
   - Naoki! - zawołał szatyn po kilku minutach. Leżał na kanapie, leniwie przerzucając kanały w telewizorze.
   - Czego? Zajęty jestem - warknąłem, próbując odkleić czarnego naleśnika od patelni. Naprawę jestem aż tak marnym kucharzem?
   - Co ty na to, żebym kupił ci zegarek?
   - Słucham? Po chuj mi zegarek?
   - No... żeby godzinę sprawdzać? Czy to nie oczywiste? - zapytał zjadliwie.
   - Nie o to mi, kurde, chodzi. Czemu wpadłeś na ten idiotyczny pomysł?
   - No bo w telewizji jest, że jak teraz zamówię zegarek, to drugi dostanę gratis! Więc obaj na tym skorzystamy.
   No po prostu, kurwa, idiota.
   - Ale... ty serio tak uważasz? - spytałem, zagryzając wargę i starając się nie śmiać.
   - No a czemu nie?
   I wtedy zorientowałem się, o czym mówi. O zegarku. O jebanym zegarku.
   Zerwałem się z miejsca i wbiegłem po schodach kierując się do sypialni. Szatyn obejrzał się tylko w moją stronę, patrząc ze zdziwieniem. W pokoju uklęknąłem przy szafkach, wyrzucając z nich wszystko, co tylko wpadło mi w ręce. Ten pieprzony... On musi gdzieś tu być... Kurwa. Skoro nie ma go tu, to gdzie? Bo zgubić nie mogłem....
   W moich oczach zaczęły zbierać się łzy. Sam nie wiem czemu. Może dlatego, że to było coś, co mogło mi przypomnieć blondyna, gdy ten mnie znienawidzi? Bardzo prawdopodobne. Nagle ciepłe ramiona objęły mnie w pasie, a na szyi poczułem gorący oddech. Odetchnąłem głęboko i wciągnąłem w nozdrza zapach szatyna. Pachniał bzem i agrestem. Ciekawe połączenie. Cierpkość agrestu i słodycz bzu idealnie do niego pasowała.
   Jednak nagle, bez udziału mojej woli wstałem i wyszedłem z domu, zostawiając zdezorientowanego Shiro samego.
   A już za chwilę byłem pod domem Yosuke.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz